And there it is… Robinson Crusoe.

Robinson zalicza się do jednej z tych gier, która najprawdopodobniej w bardzo krótkim czasie udowodni, że wcale nie jesteś tak dobrym graczem jak mogłoby Ci się wydawać. Ja na przykład, przegrywam bardzo regularnie. A towarzysze, których ciągnę na dno ze sobą, stale obiecują na Przeklętą Wyspę więcej nie wrócić. To śmieszne. Przecież zawsze wracają.

 Garść faktów:

 Autor: Ignacy Trzewiczek
Polski wydawca: Portal
Data wydania: 2012
Liczba graczy: (wersja podstawowa) od 1 do 4
Czas gry: 90-180 minut

 Flaki z olejem, czyli how to play:

Generalnie rzecz biorąc, grając w Robinsona Crusoe, wszystko co musisz zrobić to przeżyć. Żeby nie było zbyt łatwo, specjalne scenariusze dokładają na Twoje barki dodatkowe warunki zwycięstwa. Zaliczyć można do nich sprawy takie jak zebranie stosu drewna i rozpalenie ognia, uratowanie rozbitka czy też walka z kanibalami. Zazwyczaj wyzwanie podejmujesz w grupie, choć możliwy jest również wariant solo. Przeklęta Wyspa oddaje do zabawy mnóstwo kart, kafli, kolorowych kości i żetonów. Wszystkie te elementy budują przygodę, którą kierunkują decyzje graczy, a ostatecznie uzupełnia scenariusz. Akcje podejmowane przez drużynę, doprawione sporą dawką losowości stanowią esencję rozgrywki. Wszystko rozbija się tu o dobre rozlokowanie pracowników i zarządzanie zdobytymi surowcami. I dodam, że jest to trudne.

 Why not?

 I’m out, it’s over!

Nie wiem czy istnieje gra, która potrafi zaskoczyć mnie w takim stopniu i skali, jak Robinson Crusoe. Robi to tak umiejętnie i często, że czuję jakby kpiła ze mnie w żywe oczy. Zawsze przechytrzy mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Ileż to razy przy stole padło hasło „spokojnie, mamy jeszcze po trzy życia, dwie rundy do końca, teraz się uda”. Niestety, zdarza się, że Wyspa zamienia się wtedy w Pandemonium. Coś jakby.. kobiety krzyczą, słychać płacz dziecka, teściowa wpada na święta – ogólne dziękuję – dobranoc. Zapewne wraz z towarzyszami jesteśmy po prostu zbyt słabi na sparing z Robinsonem, albo wczuwamy się w los pisany większości rozbitkom. W każdym razie Wyspa nie pozostawia wątpliwości: jest ciężko, bywa niesprawiedliwie, ale nikt nie mówił że ma być łatwo.

 Jumanji

Paręnaście lat temu, kiedy jeszcze zagrywałem się w Monopol, a z szachów układałem wieżyczki, w telewizji leciał film Jumanji. Bohaterowie filmu grali w magiczną grę planszową, gdzie rzucali kośćmi, a otrzymany wynik „obdarowywał” szczęśliwca zdarzeniem… nazwijmy je niefortunnym. Przygoda na Przeklętej Wyspie trochę mi się z Jumanji kojarzy. Tak jak tam, tak i tu nie ma co liczyć na przyjazne traktowanie. I tak też prezentuję grę nowym rozbitkom. Najczęściej natrafisz tu na ciężkie i nieprzyjemne zdarzenia, mniej więcej jakbyś czarnego kota prowadził na smyczy. A kiedy [jednak :)] znajdą coś przyjemnego albo odkryją kartę skarbu… no cóż, to się dopiero nazywa szczęście…

To nadal kooperacja

Problem lidera. W mojej ocenie nie jest to minus, przynajmniej w Robinsonie. Wychodzę z założenia, że jeśli decydujesz się na rozgrywkę o charakterze kooperacyjnym, musisz pogodzić się z faktem: ktoś być może będzie mówił Ci teraz jak masz żyć. Czy to dobrze? Zależy. Przygody z Robinsonem nie są wyjątkiem, w którymś momencie ktoś może przejąć kontrolę nad wydarzeniami i poprowadzić drużynę do szybkiej śmierci. Wiem, bo sam pogrążyłem znajomych wielokrotnie. Wniosek nasuwa mi się tylko jeden. Dogadajcie się. Albo… przegraj kolegom grę własnoręcznie.

Robinson2

 Seriously, why not?!

 I’m going on an adventure!

Niby nigdy nie rozbiłem się na bezludnej wyspie, ogniska paliłem co najwyżej na działce, a palisadę widziałem z daleka, na wycieczce. Najbliżej do rozbitka było mi, kiedy na wakacjach zbierałem spleśniałe pomarańcze, a i to w centrum miasta. Być może zatem moja opinia nie będzie wiarygodna. Niemniej jednak grając w Robinsona czuję się właśnie jak ocalały nieszczęśnik, który w otoczeniu przyjaciół próbuje przetrwać tam, gdzie przetrwać nie powinien. Oczywiście ciężko przyrównać mnie, bądź nas, do tytułowego bohatera. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby takich decyzji jak my, a już na pewno nie rzucałby kostkami na plaży. Jednak nie zmienia to faktu, że przy planszy czuję klimat. Wchłaniam fantastyczną fabułę, która za każdym razem układa się inaczej. Nawet jeśli trafiam na te same zdarzenia, to o dziwo zawsze znajdę w nich wspólny mianownik z aktualną przygodą. Przez tych kilka godzin spędzonych razem przy stole jestem autentycznym rozbitkiem. Na miękkim krześle, z centralnym ogrzewaniem, ale jednak – rozbitkiem.

Od teraz jesteśmy rodziną

Robinsona Crusoe regularnie używam jako gry wprowadzającej w świat planszówek. Teoretycznie złożoność zasad powinna skutecznie mi to uniemożliwiać, jednak tak nie jest. Gdy planuję większe spotkanie, szczególnie z ludźmi których nie znam najlepiej, często wygrywam znajomość właśnie przy kartonie. Na początku witam ekipę entuzjastyczną obietnicą rychłej przegranej. Często słyszę wtedy pomruk tych sceptycznych, a przecież chcą czy nie, grać będą musieli. Następnie staram się nie zasypywać regułami, wchodzę w buty lidera, zapominam o kooperacji i zaczynam robić za solistę. Gra broni się sama. Kilka minut i rozgardiaszu przy stole nie ma końca. Jeśli jeszcze mogę dojść do głosu to żyjemy do około siódmej tury. Jeśli nie, kończymy sporo wcześniej. To nic, bo werdykt najczęściej bywa jasny: więcej!

Chcę być tu nieco bardziej precyzyjny. Oczywiście trafiają mi się czarne owce, osoby z którymi ni w ząb nie mogę uzyskać odpowiedniej atmosfery. Choćbym nawet przebrał się w bikini, jak na rozbitka przystało, nie wciągnę ich w przygodę. Bywa i tak. No cóż, nie wiedzą co tracą.

Studnia bez dna

Spośród przyjemności, które oferuje mi Wyspa chyba najbardziej cenię sobie jej różnorodność. W podstawowym wydaniu scenariuszy do rozegrania znajduje się sześć. Każdy z nich swobodnie można rozegrać kilka razy, bo losowy dobór kart uczyni go różnym od poprzedniego. Co więcej w Sieci znaleźć można co najmniej kilkanaście dodatkowych scenariuszy, nierzadko o znacznie odmiennej tematyce niż pierwotna. Jakby tego było mało, mamy również kilka oficjalnych dodatków i następny już zapowiedziany. Bo czemu nie? Mechanizm Robinsona jest wprost stworzony do tworzenia własnych historii. Przypadek? Nie sądzę.

A jak myślisz

Na koniec pozostawiłem sobie cechy, które ciężko mi skategoryzować. Na myśli mam poziom trudności. Wiele razy spotkałem się z opinią, że gra jest trudna i skomplikowana, a zasady ciężkie do spamiętania. Nie zgadzam się z tym. Faktycznie zdarzyło mi się zajrzeć do instrukcji podczas pierwszych rozgrywek. Ale spotyka mnie to często, w wielu planszówkach. Nie traktuję tego jako wady. Instrukcji obsługi żelazka też nie pamiętam, a jakoś do głowy mi nie przyszło, by złożyć z tego powodu reklamację.

Natomiast odnośnie poziomu trudności samej rozgrywki. Pół żartem, pół serio uznałem go za wadę. Owszem. Można czasami załamać ręce, kiedy na turę przed końcem wyciągasz kartę i zanim skończysz czytać, wiesz że to koniec. Pozwolę sobie podsumować to bardzo krótko. Tak, wkurza mnie poziom trudności jest wysoki, ale nigdy nie zmienił mojego nastawienia. Nadal uwielbiam wracać na wyspę.

 Podsumowanie:

Kilogramy szczęścia ociekają klimatem, a wszystko na wielu kartach scenariuszy. Gdyby przelać książkę na planszę, Robinson byłby najbliżej ideału. W kategorii gier kooperacyjnych, dla mnie, jest w ścisłej czołówce. Stawia warunki i bywa kapryśny, ale oddaje mnóstwo radości.

Szybkie trzy:

Czy moja dziewczyna lubi Robinsona?

Zawsze chce w niego oszukiwać. Równie dobrze mogłaby grać bez zasad, byle tylko czytać karty z przygodami.

Czy 3 godziny to nie za dużo na jedną rozgrywkę?

Czy ja wiem, nigdy nie zauważyłem kiedy minęły te 3 godziny.

Czy Robinson nadaje się do gry z dziećmi?

Istnieje scenariusz stworzony specjalnie do gry z maluchami.

 

Jednym zdaniem:

Klimat, fabuła, kooperacja pełną gębą.

Mahalo.

Pamiętaj, zostawiając lajka łechtasz ego autora tekstu i zdjęć.