O czytaniu instrukcji słów kilka.

W trakcie mojej „kariery” i przygód z planszówkami ciągłych zmagań z instrukcją nie ma końca. Właściwie jedyny moment, w którym nie musiałem zaczynać z kolorowym zeszytem w ręku to ten, gdy znajomi pokazali mi pierwszą dużą planszę – Horror w Arkham. Ale i to los naprawił bardzo szybko, po paru tygodniach musiałem przeczytać zasady od deski do deski – i to nawet nie dla siebie samego. Właśnie. Naturalnym skojarzeniem jest, że instrukcję do czegokolwiek czytamy pod siebie, by poznać mechanizmy działania, choćby piekarnika. Później w razie ewentualnej katastrofy udaje się zachować choć minimalny reżim sanitarny samej kuchenki. I choć w wielu dziedzinach skojarzenie z instrukcją jest oczywiście trafne, tak w przypadku gier planszowych już nie do końca. Od razu zaznaczę, że całkowicie pomijam tu prostotę zarządzania piekarnikiem i często brak konieczności w ogóle.. zaglądania w papiery. Zatem, przejdźmy do konkretów i faktycznego marudzenia na tytułowe zagadnienie.

W zdecydowana większości gier planszowych, które przewinęły się przez moje ręce, zatem nie tylko te które mam sam, ale mają również moi znajomi, musiałem przeczytać zeszyt z zasadami. Często nawet nie raz, a dwa, bądź trzy. Nie wiem skąd bierze się przeświadczenie, że osoba z najdłuższym stażem powinna świadczyć usługi tłumacza i nauczyciela, jednak w moim przypadku tak jest. Najbardziej zastanawiające jest to, że często czytam instrukcje do gier… cudych. Ponieważ „robię to szybciej” albo dawno obejrzałem film instruktażowy w sieci. Efekt jest jeden – jestem naczelnym gościem od procedur na każdym spędzie planszówkowym. To miłe, potrafi połechtać próżne ego, choć na dłuższą metę bywa męczące. Jak każdy aspekt w barwnym uniwersum życia ma swoje wady i zalety.

Być o krok przed wszystkimi

Pewnie nie tylko ja spotkałem się z tymi wszystkimi mądrymi ludźmi, rozdającymi porady na osiągnęcie sukcesu. Wśród wielu długich wywodów spokojnie można znaleźć kilka, które dominują nad resztą. Jednym z nich jest popularne hasło: bądź o krok przed innymi. Nie wiem ile w tym prawdy w innych sferach, ale w przypadku gier planszowych rozwiązanie się sprawdza. Te kilkanaście minut z instrukcją daje pokaźną wiedzę o mechanice i formuje pierwsze pomysły taktyczne. Nie sądze, by nawet najlepszy tłumacz potrafił przekazać prawa działające na planszy, lepiej od samego zeszytu. I tak w efekcie wiernego studiowania opisów gier zazwyczaj jestem sporo przed moimi towarzyszami, co w wielu sytuacjach pozwala mi na zaczepne przechwałki przy pierwszej partii. Generalnie sytuacja często odwraca się kiedy gramy rewanż, nie określiłbym jej nawet jako równa. Wtedy to już ja jestem ten słabszy, wszyscy grają na jednego, rywale zyskują +5 do bystrości. Pora uzbroić się w cierpliwość i zmierzyć się z kolejną przegraną.

Perfect

Planszówkowanie to fajny sport, przynoszący wiele satysfakcji i radości. Będąc gościem od zasad nauczyłem się, że aby zostało tak od początku do końca, warto trzymać rozgrywkę pod kontrolą. Kiedy masz w głowie komplet zasad i móżesz dowodzić brygadą graczy, to Ty pilnujesz, by wszystko działało płynnie i bezbłędnie. Nie upatruję przyjemności w grzebaniu w instrukcji z tury na turę z dodatkowym tabletem na kolanie, zatem bywa, że przygotowanie do partii chwilę trwa. Pół biedy jest wtedy, gdy reguły opisane są krótko i zwięźle, a liczba stron nie przekracza dziesięciu. Znaczna część zeszytów właśnie taka jest, lecz bywają tomy trzydziestostronicowe z opisem konkretnych przykładów rozgrywki… Umysł pedanta nie pozwoli przejść takim zapiskom koło nosa, trzeba przeczytać je wszystkie. Później świecisz przykładem i znajomością tematu, ale w ogólnym rozrachunku to dość ciężka robota. Przyjemna, chętna do wykonania jej na wygodnej kanapie, jednak wciąż czasochłonna i wymagająca.

Dziwny jest ten… świat.

Mam taką swoją cichą opinię, że wielu graczy, zarówno tych raczkujących i tych wszystkich super zaawansowanych traci sporo, gdy nie chwyta w ręce instrukcji. Jednocześnie daleki jestem od stwierdzenia, że instrukcja generuje mocną dawkę klimatu i fabuły. Jednak jest możliwe wyciągnać z niej dużo fajnych informacji. Owszem, bywają zeszyty z regułami, które nie oddają niczego, nawet dobrze opisanych zasad, gdzie tam wspominać jeszcze o klimacie. Jednak sporo razy pozytywnie nakręcałem się na tytuł dzięki, teoretycznie suchej, instrukcji. Kilka niezłych obrazków, wstawka fabularna i przykład działania mechaniki – niby niewiele, a jednak czasami wystarcza.

Hm…

Przejdźmy do tego, co dla mnie najbardziej istotne. Ciężko zliczyć jak wiele instrukcji już przeczytałem i aż strach myśleć ile jeszcze gdzieś tam na mnie czeka. Moja wiedza o grach kształtuje się własnie przy kolorowych stertach papieru, zapisanych przez te mądrzejsze, bystrze głowy. Nauczyłem się z nich całkiem sporo i raczę kilku ciekawskich znajomych informacjami nie rzadko z samej instrukcji. Z miejsca, do którego w teorii osobiście mają dostęp, tuż pod nosem, we własnych domach. Czuję się z tym świetnie, bo mogę emanować „wiedzą”, a jednocześnie samemu patrzeć na gry pod zupełnie innym kątem. Dlatego też, w myśl idei czytania dokumentacji, staram się nie opisywać zbyt wielu mechanizmów rządzących danym tytułem w swoich recenzjach. I pozwolę sobie namawiać Ciebie, drogi czytelniku, do zaglądania w instrukcję. Do przeglądania, wertowania i szperania w zasadach. A jeśli wśród Twoich znajomych jest naczelny czytający, to pamiętaj, że odwala kawał roboty, by potem „sprzedać” Tobie i reszcie towarzystwa grę, w jej pełnej, pieknej krasie. Daj mu ciastko, bo robi to, na co wielu z graczy nie ma chęci i czasu.

Podsumowując

Często ignorowane i spychane na dalszy plan, bądź plecy tych najbardziej doświadczonych, instrukcje, w rzeczywistości zasługują na więcej uwagi. Nie wiem jak wiele osób faktycznie je ignoruje, wiem natomiast jak dużo jest ich w bliskim mi otoczeniu. Dlaczego? Bo nie lubią czytać? Bo boją się skomplikowanego tekstu? Bo lepiej obejrzeć film na Youtube? Jakkolwiek nie brzmiałaby odpowiedź, instrukcja to plik wartościowego materiału, który warto potrzymać w dłoniach choć przez chwilę. Zatem ja wracam do swojej lektury, a reszcie polecam zrobić to samo… Praca to czasami żmudna i czasochłonna, ale warta poświęcenia wolnego czasu.

Mahalo.