Sezon pierwszy… Pandemic Legacy!

PS: Postaram się jak mogę najlepiej, byś tam niżej w tekście drogi czytelniku, nie znalazł żadnych spojlerów. To jest informacji z gry, których nie powinieneś znać zanim sam nie zdecydujesz się ich odkryć.

To będzie bez wątpienia najdziwniejsza recenzja za jaką do tej pory miałem okazję się wziąć…

O Pandemic Legacy było, jest i prawdopodobnie jeszcze długo będzie, głośno. Całkiem niedawno gra wdarła się na pierwsze miejsce top listy w serwisie Board Game Geek i przebiła wieloletniego króla Twilight Struggle – Zimna Wojna. Rozsiadła się na tronie i z góry patrzy na konkurencję. Przyznam szczerze, że z początku nie byłem ani bardzo, ani nawet trochę zainteresowany Legacy. Ot pojawiła się w sklepach i niech sobie tam będzie. Minęło kilka dni, a po nich tygodni, aż wreszcie trafiłem na jedną, drugą, piątą, dziesiątą opinię na jej temat. Przeleciały mi się przed oczami pierwsze recenzje przeplatane mnóstwem zachwytów. Raz za razem dało się spostrzec informacje o miodności, innowacyjności i wybitnie dobrej, udanej grze z rodziny Pandemica. Wtedy też trafiło do mnie moje własne pudełko i zaciekawiony, z pobudzoną wyobraźnią, zabrałem się za instrukcję…

Dane:

Autor: Rob Daviau i Matt Leacock
Polski wydawca: Lacerta
Data wydania: 2015
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: ~60 minut

pandemiclegacy4

Trochę o zasadach:

Reguły jak reguły, niezbyt skomplikowane, znajome z pierwotnej edycji. Jednak spora część zeszytu zionie pustką. Na wielu stronach znajdziemy wolne miejsca, czekające na uzupełnienie – oczywiście w odpowiednim momencie. Zatem zabawę zaczynamy standardowo, plik kart, pionki, postacie graczy i kilka woreczków z kostkami chorób. Rozkładamy część na planszy, przygotowujemy talię, dobieramy bohaterów i możemy rozpocząć przygodę. Nic nie stoi na przeszkodzie, by od razu wskoczyć w świat Legacy, jednak dla tych mniej odważnych pudełko przewiduje rozgrywki treningowe – jeszcze bez odkrywania sekretów fabularnych. I tak, podstawowa walka z chorobami opiera się na ruchu między państwami, leczeniu, wymianie wiedzy i budowaniu stacji badawczych. Gracze, wędrując po świecie, będą wspólnie walczyć z narastającym zagrożeniem w postaci kolorowych kosteczek dolegliwości i próbując wynaleźć na nie medykamenty. I w gruncie rzeczy – to tyle.

Tajemnice:

Nie bardzo wiem jak zacząć. Z jednej strony najwygodniej byłoby, bez owijania w bawełnę przejść od razu do sedna. Opisać całą historię sezonu pierwszego Legacy i… pokolorować go niemal samymi pochwałami. Co właściwie nie powinno dziwić, choćby z racji zajmowanego przez grę miejsca we wspomnianym wcześniej rankingu. Bach, kilka akapitów peanów, ochów i achów załatwiłoby temat. Jednak trochę większym wyzwaniem będzie opowiedzieć o Pandemicu lawirując między ukrytą w kartonie zawartością. Spróbuję zamknąć jedno oko na materiały „ściśle tajne” i przybliżyć Wam maksymalnie blisko, dlaczego tytuł ten tak mocno odbił się echem w 2015 roku.

pandemiclegacy1

Zatem od początku. Pandemic Legacy to gra, której część fabularną wedle zaleceń, można rozegrać od dwunastu do dwudziestu czterech razy. Zabawa podzielona jest na dwanaście części odzwierciedlających miesiące, a przez każdy z nich brniemy nie więcej niż dwukrotnie. W zależności od wyniku pierwszej próby albo przechodzimy dalej, albo repetujemy okres. Co dzieje się później? Hm.. powiedzmy, że to koniec. Nie odkrywając zbyt wiele – elementy po pełnym roku „zużyjecie” zapewne na tyle „mocno”, poznając przy tym całą historię, że sezon pierwszy dobiegnie definitywnie końca. Co prawda obiło mi się o uszy, że gdzieś w Sieci krążą instrukcje jak kontynuować rozgrywkę po finale, jednak osobiście nie dokopałem się do takich rewelacji.

Ważne: jeśli przychodzi Wam do głowy myśl, że swojej wersji Pandemica nie będziecie niszc… No. Że będziecie na nią uważać, chuchać, dmuchać i pilnować jak oka w głowie… I wystarczy Wam na długie lata… – z całego serca życzę powodzenia w realizacji tego planu. To nie złośliwość. Mój zamysł był identyczny. I poległem już na samym początku :).

Wracając do tej całej zagadkowości i sekretności Pandemica. Pudełko. Z zewnątrz nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ot zwykły pojemnik, dostępny w dwóch kolorach – czerwonym lub niebieskim. Po otwarciu witają nas standardowe, poczciwe elementy. Trochę kostek i kart, nic nadzwyczajnego. Zainteresowanie wzrasta, od momentu wyjęcia planszy, która odsłoni osiem zamkniętych pakunków. A te, to zdecydowane centrum odmętów Pandemicowej obudowy. Co kryją, gdy do nich zajrzeć? Kiedy właściwie do nich zajrzeć? Czego się po nich spodziewać…? Spróbujcie dodać do tego niepozorny zbitek kart okraszony dosadnym napisem STOP, oraz sporej wielkości teczki z tekstem „ściśle tajne”. I co? I już macie gotowy przepis na wielkie „ wow muszę wiedzieć o co tu chodzi”.

pandemiclegacy3

Jednak na zbadanie historii przyjdzie Wam raczej trochę poczekać. Psoty i harce z kostkami zarazków przybierają na sile stopniowo, zaryzykuję nawet stwierdzenia, iż odrobinę za wolno. Początki nie różnią się prawie niczym od podstawowej wersji planszówki, choróbska stąpają zwyczajnie, bez większych udziwnień. Prawie normalnie wędrują po wyrysowanych kontynentach zbytnio nie przesadzając. Prawdziwie ciężkie zmagania, kombinacje i debaty, słowem esencja Legacy zaczyna się później, w moim przypadku gdzieś po połowie „roku”. Co prawda natężenie wścibstwa i apetyt na odkrycie nieznanego towarzyszyło mi już po otwarciu instrukcji, po prawdzie jednak, na sile zyskało ciut później.

Najważniejsze to fakt, iż się nie zawiodłem. Z partii na partię pragnąłem wiedzieć więcej, odkryć dalej, sięgnąć głębiej. Byłem ciekaw co zaoferuje mi kolejna karta i następny schowek. Zmieniałem towarzystwo, znajdowałem kolejnych kompanów, wprowadzałem w opowiadaną historię i podążałem dalej, kostka po kostce. Rzucony w wir wydarzeń i, spodziewanych lub mniej zwrotów akcji, bawiłem się świetnie. Znacznie ubarwiony mechanizm podstawki przykuwa i nęci. I kompletnie nie dziwi mnie już, że tytuł tak fascynuje i opływa w pochwały. To coś czego nie spotkałem wcześniej, coś co intryguje. Bardzo. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, bez ujawnienia sekretów ciężko inaczej to określić. Pandemic Legacy to zupełnie inne niż dotychczas doznania. To dynamiczny rozwój gry, z wieloma zwrotami akcji i postępującymi skutkami naszych decyzji.

Jest tu jednak jedno małym „ale”. Słowo klucz: ekipa do grania. Wymiana planszowych druhów raczej nie sprzyja. Spróbowałem tego raz, drugi i trzeci… ostatecznie uzyskując ten sam rezultat. Sporo mniejsze zainteresowanie i chęci do walki z zarazą. Na dobrą sprawę nawet nietrudno to sobie wyobrazić. Wciągnięci siłą lub podstępną namową znajomi niekoniecznie odnajdą się w dziejach pisanych w Pandemicu. To już nie to samo, nie oni brali udział w poprzednich miesiącach, nie oni podejmowali kluczowe decyzji. Nie im przyszło odkrywać sekrety. Zasiedli tylko do gotowego, nadgryzionego już dania i jeść je będą tylko przed chwilę, przez czas krótki.

I choć nie musi to być regułą, ja – wymianie ekipy – mówię stanowcze nie.

Z dokuczliwych detali jest jeszcze średnie „ale”. Słowo klucz: losowość. Poświęcam jej zwykle zdanie czy dwa. I tak, niestety, śladowe oznaki nieznośnej choroby zwanej p – e – c – h również możecie tu znaleźć. Radosny przykład: gram, gram, gram. Ekipa patrzy, ja rozporządzam, nierzadko ktoś bąknie, że można to i owo zrobić inaczej. Zgadzam się lub nie, czasem udaję głuchego. Idzie jak z płatka, ludziska czują się bezpieczni, a triumf prawie namacalnie wisi w powietrzu. Gdy nagle wchodzi on. Gość. A za nim szczerbaty los pakuje się w świeżo tasowane kart. „Siadaj, zobaczysz jak wygrywamy.” Usiadł. Trzy minuty później da się słyszeć coś jakby: nie wierzę, to się nie stało, gramy jeszcze raz…

Tak, losowość rozwaliła nam kilka planów. I w sumie.. e tam, wcale nie szkodzi.

Nie szkodzi, bo przygoda trwa dalej. Przegrywając czy nie, fabuła ciągnie nas w przód. I o nią tu chodzi, o zdarzenia, podejmowanie decyzji i gorączkowe obrady przy zagraconym blacie. Obfite ilości wspaniałej kooperacji znalazłem właśnie tu, wespół z zaangażowanymi kompanami mieliśmy więcej integrujących rozważań niż przy wielu innych tytułach. Ciężko mi się zdecydować, czy za to cenię Pandemic najbardziej. Niekoniecznie jedynie za wyjątkowe podejście do formy podania. To pogaduchy i wspólne główkowanie, choć wcale nie innowacyjne, daje gigantyczną radochę. Kto wie, może nawet przebijają owiane tajemnicą pudło.

pandemiclegacy2

Czy warto?

Nienawidzę odpowiadać na to pytanie. Ilekroć ktoś mi je zada, staram się uciec spod topora i uniknąć odpowiedzi. Bo skąd mogę wiedzieć.. czy warto? Ja mam inny gust, Ty masz inny gust, a On ma jeszcze ińszy.

Pandemic Legacy to gra bardzo dobra, a przez moc wyjątkowych rozwiązań aspiruje do gry celującej. Przynajmniej dla mnie. I przynajmniej w swojej kategorii. W towarzystwie gier kooperacyjnych sadzam ją w ścisłej czołówce. Dlaczego? Choćby dlaczego, że pisze o niej tak, a nie inaczej. I dlatego, że doznania przy niej są tak inne i tak dotkliwie odczuwalne przez cały czas interakcji z planszą. To wielka kampania, która choć kiedyś się kończy, w trakcie świetnie rozbudza i straszliwie wciąga. Zatem nie wiem czy warto. Nie wiem czy drogo. Wiem, że ja teraz już bym się nie zawahał.

Jednym zdaniem:

Cudowna kooperacja, o której bez zdradzania szczegółów ciężko powiedzieć coś więcej.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Lacerta. Dzięki!

Mahalo.

Pamiętaj, zostawiając lajka łechtasz ego autora tekstu i zdjęć.