Brr, zimno… recenzja Mistfall!

Więcej zdjęć? Dodatkowy wpis znajdziesz tu: Look inside! – Mistfall!

– Z-zz-zimno… ależ tu zimno… – rzekła i przykryła się derką.
– Nie marudź mała. Przyjdzie mgła, dopiero zobaczysz co to znaczy mróz.
– A ccc..co ma… mgła ddd-d-do zimna… o w-ww-wiedzący, hę..? – tym razem dało się słyszeć w jej głosie delikatną ironię.
– Nic. Prawie nic. Zmian temperatury nie odczujesz, i tak masz już sine ręce. Pytanie jak bardzo potrafisz się bać. Bo może być jeszcze gorzej.
– Bać? Cz-czego? W-ww..w-ilka? Dwó-óóch wilków? Nie boję ss..się tych w-wwaszych p-pp-przesądów. Mam topór. Nawet ddd..d..w-ww-a!
– Tylko rozumu nie masz za grosz. Było więcej skóry na grzbiet wrzucić. I coś do gardła polać.
– U..uwwa-ażaj na s..słłłowa. Jedna bryga…ada jesteśmy.. ale nie-e-chhhhciej bym w ff.ffurię wpppadła!
– Przyjdzie Ci jeszcze… nerwów popuścić. Jak zajdziemy tam, pod horyzont, jeszcze kawałek. I strachu się najesz. I cieplej się zrobi. Kilku już tam pewnie na nas czeka.
– C.cco.. ki..lku? Do ccell..uu jeszcze daleko..
– O.. i mgłę niesie. Szykuj się. Wyjmuj toporek.

Mistfall to kooperacyjna gra fantasy, której akcja ufundowania w wersji polskiej, w chwili gdy pisze te słowa, znajduje się pod tym oto adresem: www.wspieram.to/mistfall Minimalna kwota na wydanie została już zebrana, ale tytuł wciąż można wspierać, choćby po to, by odblokować dodatkowe cele kampanii. Miałem przyjemność obcować z planszówką z kilkoma ekstra komponentami i w wersji angielskiej, bodaj z platformy Kickstarter. Trochę słów mojej opinii znajduje się tuż poniżej

Info:

Autor: Błażej Kubacki
Data wydania: 2015
Polski wydawca: Games Factory Publishing
Liczba graczy: 1-4
Czas gry: ~120 minut

mistfC

How to play:

W Mistfall, jak to w przypadku gier drużynowych, wygrywamy albo wszyscy, albo nikt. Do dyspozycji mamy kilka scenariuszy, w trakcie których główną częścią rozgrywki będą walki z różnego rodzaju przeciwnikami. Zanim to jednak nastąpi, trzeba przygotować się odpowiednio do przygody. Mam na myśli rozłożenie kafli terenu i przyszykowanie kilku(nastu) talii kart. Dany wariant gry przewiduje konkretny układ pól, po których przyjdzie poruszać się graczom. Na jednym z nich trzeba będzie położyć karty ostatniego spotkania, gdzie odbędzie się finał partii. Natomiast jeśli chodzi o talie, to dzielimy je na różne stosy – w tym takie jak: czasu, spotkań, nagród, bohaterów itd. I to właściwie główna oś rozgrywki. Dobieranie z odpowiednich ‚decków’. Czasami będą to spotkania, czasami związani z nimi wrogowie. Niejednokrotnie dociągać będziemy również karty zdolności lub nagród. Z końcem tury spotkamy się także z kartami czasu. Co więcej jednym z ważniejszych mechanizmów gry jest budowanie talii bohatera. Poprzez kupowanie nowych kart zdolności czy dobieranie nagród gracze będą mogli usprawniać talię swojej postaci, by później łatwiej prowadzić walki z napotkanymi rzezimieszkami czy stworami. Co ciekawe stos prowadzonego herosa to nie tylko umiejętności, ale również sprzęt oraz życie.

Innymi słowy czeka nas kooperacyjna wycieczka w fantastyczny świat Mistfall ze sporo dawką walki i małego deckbuildingu.

No to… do dzieła.

Piękna przygoda

Gry przygodowe to w dużej mierze klimat i wygląd. Stymulujące wyobraźnię obrazy i bohaterowie o wyraźnie zarysowanej postaci to coś czego szukam w fabularyzowanych planszówkach. W przypadku Mistfalla udało mi się to znaleźć. Wykonanie stoi na bardzo wysokim poziomie, a grafiki na kartach i planszach przyjemnie zachęcają mroźnym światem fantasy. Choć na dobrą sprawę design to nie wszystko. Ilustracje bohaterów, przeciwników i wstawki fabularne w zeszycie scenariuszy to jedno, natomiast drugie to…. mechanika. Spory nacisk na walkę, która zajmuje lwią część zabawy przeplatana z wykonywaniem mini zadań to właśnie esencja gry. No prawie. Bo mamy jeszcze budowanie talii, czyli rozwój postaci, który również ‚klimatyzuje’ Mistfalla. Olbrzymi ładunek radochy i wczuwania się w grę to składanie zdolności swojego herosa, dodawanie nowych skilli do jego talii, odkrywanie tego małego silniczka, który pokazuje jego prawdziwy charakter. Rozkręcamy go później na wrogach i mamy… niezły, wciągający hack’n’slash!

A gdybyś drogi czytelniku, uważał, że napisałem trochę przymało o wyglądzie. Zerknij po prostu na zdjęcia. Niech mówią za siebie!

– Pach pach, tak szyłam z łuku, aż się kurzyło!
– Szyłaś, szyłaś…
– I tratata ta ta! Tu w oko, tam w tyłek. Padli wszyscy!
– No no.. święte słowa.
– To było proste, za proste! Ahhh… sama radość, piękno walki. Szkoda tylko, że tak tu zimno. Bywa tu czasami lato?
– Bywa tu czasami co najwyżej chwilowo bezpieczenie.
AARAHHHHHGHHHHHGHHHHH….!
– No, łap za łuk mądralo. Zobaczymy co powiesz tym razem.

mistfBxcv

Fight!

Rozwijając nieco powyższą myśl, nawalania w Mistfallu mamy od zatrzęsienia. Co rusz zwalamy z nóg różnych przyjemniaczków, by na ich miejsce dochodzili nowi. Im bardziej stajemy się silni, im więcej zdolności używamy, tym smaczniejszym kąskiem dla nich jesteśmy. Wskaźnik na karcie bohatera określa jak bardzo zainteresowani naszą osobą będą potencjalni wrogowie. Bywa, że przychodzi ich do nas całe mrowie, a wtedy… trzeba solidnie ruszyć głową i wykorzystać zdolności postaci najlepiej jak się da. Mnóstwo w tym frajdy, a już szczególnie wtedy, gdy znamy profil wybrańca i wiemy jak używać jego talentów. To z jednej strony nie jest łatwe, a z drugiej daje sporą satysfakcję. Dodając do tego aspekt tworzenia drużyny i mieszania zdolności kilku herosów – miód. Super sprawa, wtedy to czuć kooperację i wtedy zaczynają się ciekawe dyskusje. Kogo położyć w pierwszej kolejności, komu pomóc na końcu, któż z nas przyjmie rany na siebie, a kto będzie mógł dokupić za zdobyte, wspólne monetki nowe skille? Co prawda w moim przypadku, głównie na początku, nie działo się to aż tak często, bo zwykle gracze byli zamknięci w swoim małym świecie rozważań i poznawania herosa, jednak później, po bliższym poznaniu, gdy wczujemy się już w Mistfalla – to spory plus i kawał przyjemnego kombinowania.

Deck building

No właśnie. Rozwijanie postaci. Ten temat zasługuje na odrębny akapit. Z początku nie jest to proste i wymaga dużo uwagi. Ale tylko z początku. Postaci mają swój indywidualny charakter i system, na którym dobrze jest oprzeć ich talię. Trzeba go poznać, by rozkręcić i sprawnie używać zdolności, gdy przyjdzie czas walki. Wszystko opiera się na budowaniu talii, kupowaniu nowych kart za złoto z pokonanych wrogów. W ten sposób poszerzamy wachlarz możliwości wybranej postaci i łatwiej brnąć nam dalej, w kolejne pojedynki. Co do samych talii, w Mistfallu, dla każdego bohatera dzielimy je na trzy stosy. Zwykły – do dobierania kart, odrzucony – tak do odrzucania i pogrzebany – określający rany. Zasoby będą krążyć w tych miejscach i nasza w tym głowa, by jak najmniej trafiło na ten ostatni. Często przyjdzie nam cofać karty z talii odrzuconych na główną, w dużej mierze dzięki wypoczynkowi, by później używać ich ponownie. To przekładanie to świetny mechanizm, który bardzo przypadł mi do gustu. Jednocześnie bardzo absorbuje i wymaga sporo zręcznego kombinowania. Co więcej bohaterowie znacznie się różnią i sposób w jaki przychodzi nimi grać też jest zróżnicowany. Daje to wielkie pole do popisu podczas zabawy kartami. Fajne, wciągające, ciekawe.

– No. I po robocie. Idę pozbierać strzały.
– Nie siadaj. Idą następni.
– Łohooo! Ciach, ciach, ciach! I z łuku tnę, sztyletem pchnę, machnę tu Cię, i walczę sę!

Grajmy, grajmy!

W gruncie rzeczy Mistfall to nie jest trudna gra. Ogólny zamysł, prowadzenie rozgrywki i to co dzieje się w rundach nie należy do skomplikowanych. Ot idziemy po kaflach, dociągamy pomniejsze spotkania, napadają nas wrogowie, potem rozwałka i wędrujemy dalej. Co turę sprawdzamy kilka warunków, przesuwamy kosteczki na torze postępu i śmigamy przez mroźne ostępy. Nie jest bardzo trudno, jest całkiem płynnie i sensownie. Tylko, że… wszystkiego trzeba się najpierw nauczyć. Poznać wszechobecne ikonki, znać jako tako możliwości postaci, ogarniać karty, któych jest całe mnóstwo. Toteż aby dojść do momentu swobodnej gry, trzeba się troszkę wysilić. Próg wejścia nie jest niski, gra wymaga dobrej znajomości reguł i innych elementów. I choć ostatecznie jej poznawanie jest fajne, a wcielanie się w różnych bohaterów to wielka przyjemność, to raczej może okazać się skomplikowana dla graczy początkujących. Zatem Mistfall nie jest trudny, dobrze działa i gra się w niego wyśmienicie – ale by tak było, trzeba go poznać nieco bliżej.

mistfA

Hm… czegoś wciąż mi brak

Wspomniałem już o wykonaniu i pięknych grafikach. O potężnym zasobie kart i ślicznie zdobionych kaflach planszy. To z pewnością wielka zaleta Mistfalla. To co jednak w mojej ocenie można było trochę poprawić – to zróżnicowanie. Tak się składa, że olbrzymia część kart bohaterów, oczywiście w obrębie każdego z nich, dekorowana jest jednym tylko obrazkiem. Bardzooo szkoda, że wiele umiejętności nie znalazło odwzorowania w zróżnicowanych ilustracjach. Jest to problematyczne o tyle, o ile podczas rozgrywki często musiałem czytać sporą ilość tekstu na kartach kilkukrotnie, ponieważ na pierwszy rzut oka ciężko było rozpoznać czego aktualnie mogę użyć. A tak, myślę, że gdyby mrugały do mnie charakterystyczne obrazki, byłoby mi sporo łatwiej i dużo szybciej. Co więcej, sądzę że klimatycznie gra zyskałaby by na tym – i to znacznie.

Co bardzo rzuciło mi się w oczy to właśnie ilość tekstu na komponentach. Począwszy od instrukcji, a skończywszy na kartach wrogów, spotkań i zdolności. Jest tego mnóstwo. Z jednej strony to całkiem niezłe rozwiązanie, z drugiej – czasami ilość czytania jest trochę przytłaczająca. Dobrze mieć opis zdolności czy ‚questa’ zaraz pod nosem, podany ‚jak na talerzu’, jednak chyba chętniej zerknąłbym na przejrzystą ikonografię i krótkie ‚dwa słowa’ zasad. A tak – jest ikonografia, ale do tego wsparta sporą ilością zapisów.

– I ze strzały raz! I sztyletem dwa!
– Zamknij się!
– I trzy i cztery…!
– Powiedziałem…
– I wzium, trafiony… zatopiony!
– Jak dziecko.
– Z kurhanu skoczyłam, tu byłam, tam byłam… I hyżo radośnie i zimą, na wiosnę i z łuku pokaram dziś cię! I strzelam z daleka i dźgam z całkiem bliska, a kościej tak smutny jest z pyska, że hej!
-…
– Ty strzały nie szukaj, Ty na mnie nie fukaj, ja strzelać tu będę oł je!
A gdy kościej padnie to złotem się zajmę, on przecież dobrze to wie!

Instrukcja

No tak. To było największe wyzwanie. Nie chcę wyrokować, ponieważ bardzo możliwe, że wersja polska instrukcji okaże się dużo lepsza… jednak ta, z którą zmierzyłem się osobiście okazała się, nazwijmy to, nieskora do współpracy. To co sprawiło mi najwięcej trudności, to rozlokowanie informacji. Ułożenie reguł na poszczególnych stronach okazało się dla mnie kompletnie nieintuicyjne i w trakcie pierwszej rozgrywki spędziłem ogrom czasu na szukaniu potrzebnych zasad. A ponieważ jest ich dość dużo i opisane są szczegółowo, ciężko było mi spamiętać je po pierwszym przeczytaniu. To były trudne zmagania i trwały dość dużo czasu. Niestety zeszyt reguł okazał się dla mnie jednym z trudniejszych z jakim miałem okazję się spotkać. I szkoda, że nie tylko dla mnie, bo czytaliśmy go we trójkę… 🙂

mistfD

Wnioski!

Lubię Mistfall. To tytuł, który wymaga ode mnie sporego zaangażowania i dostarcza dużo satysfakcji podczas wędrowania przez jego świat. Dla mnie to lekka przygoda z ciężką, acz fajną warstwą rozwoju postaci i ciekawego systemu walki. Do tego możliwość grania nie tylko w kooperacji, lecz również w pojedynkę jest bardzo na plus. Tytuł to ciekawy, o bogatych możliwościach budowania talii i często zmuszający do myślenia. Choć o dość dużym progu wejścia i sporym zbiorze reguł ostatecznie jest grą bardziej niż dobrą, oferującą ładunek atrakcyjnej i głębokiej rozgrywki. No i cóż, wygląda całkiem zacnie.

– Już czas odpocząć…
– Racja.
– Jutro też jest dzień.
– Jutro też jest przygoda.

Jednym zdaniem:

O dość dużym progu wejścia, przygodowa, kooperacyjna, świetna gra karciano/planszowa, z pokaźną ilością walki i niezłym budowaniem talii.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Games Factory Publishing. Dzięki!

Mahalo.

Pamiętaj, zostawiając lajka łechtasz ego autora tekstu i zdjęć.