A gdyby planszówki były… zakazane?

Hej!

Pomyślałem napisać opowiadanie. Historię. Bajeczkę. Wszystko zmyślone, wszelkie zbieżności w tekście są przypadkowe. Co by było gdyby w świat jaki znamy obecnie – przestał istnieć, a jego miejsce zająłby ten opisani niżej? Świat, gdzie planszówki to zło, których posiadanie jest zabronione, a ludzie gapią się już tylko w ekrany telefonów i komputerów? Miłego czytania 🙂

CZĘŚĆ 1, DEAL.

Padał deszcz. Był ciepły. Letni. Przyjemnie oklejał skórę i doskonale sprawował rolę zegarka. Z uprzejmą pomocą dyskretnego wiatru przypominał o nadchodzącym wieczorze. Robiło się chłodno. Słońce, choć delikatnie już czerwone, wciąż dawało pokaźną ilość światła. Ulice Przedmieścia były jednak zupełnie puste, gdzieniegdzie tylko lekko spowite cieniem ulicznych akcesoriów. Deszcz choć bardzo by chciał, nie miał najmniejszych szans przylgnąć do ciała. Choć kapał rzęsiście, gęsto kryjąc wszechobecne powietrze, perspektywy miał żadne. Spoczywał więc wszędzie. Na dachach, na oknach, pomiędzy drzewami. Leżał tak i wsiąkał. Bo cóż więcej mu pozostało?

W tej sielance niemrawego Przedmieścia działo się jednak coś jeszcze. A właściwie – działo się coś w ogóle. Pobliska alejka otulona blado brązową cegłą sparszywiałego muru tętniła… życiem. Największym przejawem życia jakie tutejsze gołębie widziały od dawna. Tak naprawdę jeden z nich, zmarniały i kompletnie zmoknięty spoglądał w uliczkę kompletnie niewzruszony. Było mu wszystko jedno, w tej opuszczonej przez życie dziurze i tak nie sposób znaleźć było cokolwiek do oskubania. Deszcz kapał na niego bez chwili zażenowania, nie mogą ulizać skłębionych lotek, które nie wiedzieć czemu postanowiły sterczeć bez ładu. Swoim wyglądem zdawały się mówić: bo tak. A gołąb? Chyba mu nie zależało.

Dobrze pamiętam ten dzień. Środek wakacji, w pełne słońce prażyło jak cholera, a przecież zbliżał się wieczór. Gruby zaraz miał swoją zmianę, kwadrans później miał zmienić Słońce na horyzoncie. Stałem tam niewzruszony, gotowy dopiąć interes. Kto by pomyślał, że taka głupota mogła kosztować nie tylko mandat, lecz nawet wolność. Ale od początku…

Jak zwykle o tej samej porze, w innym tylko miejscu i to zawsze za miastem. Takie miała zasady. ‚Ostrożność nie piecze’ mawiała, i aby poprzeć tą tezę szczerzyła się charakterystycznym, wyzywającym, dziecinnym uśmieszkiem. Byłem od niej sporo starszy, nie miałem szans ani żadnych zamiarów. Wtedy liczyła się już tylko żona. I coś jeszcze. Coś co w najbliższej przyszłości miało ściągnąć na mnie nie lada kłopoty. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Ale do rzeczy – jak zwykle zapakowała to w siatkę z tutejszego marketu. Właściwie to torbę. Jakoś nie umiem tego z siebie wyplenić. Siatka jest na ryby. Torba na zakupy. Za stary jestem by zmienić przyzwyczajenia. A mówią, że człowiek uczy się całe życie. Pff. Bzdura.

Taka torba nie była zwyczajnie pusta, z samym tylko kartonem w środku. A w życiu. Zawsze musiała dowalić tam tonę ziemniaków czy innego badziewia. Syfu robiła niemało, tak, że zapach musiałem usuwać suszarką. Przecież nie mogłem wystawić za okno, zaraz dostałbym mandat i obserwację w prezencie. Tyle dobrego, że za miastem ciężko było o ryby. Nikt ich tu nie kupował, a popyt był co najwyżej w centrum, tam jeszcze ganiali turyści. Mur, beton nawaliłaby śledzi do wora i mógłbym sobie to spuścić do szamba. W tym byliśmy teoretycznie bezpieczni. I to nawet nie dlatego, że był dobrze ukryty, z dala od głównej ulicy. Swoje robiła godzina – o tej porze nawet patrole gniły gdzieś pod dachem gapiąc się w ekran. Po pracy i szkole wszyscy uzewnętrzniali się w Sieci – idealna godzina, codzienny rytuał wymiany informacji, idiotyzmów codzienności i wszelkiego wszystkiego co zebrało się w głowach od pory obiadowej.

Pakunek był ciężki. Tym razem dno torby wypełniały owoce, latem ogólnodostępne, choć często przegnite. Nikt ich nie kupował, nikt nie jadł, leżały i łechtały nadzieje kasjerek. Nadzieje złudne i głupie, bo moda na fit i active skończyła się sam nie wiem kiedy. Uszy od torby okręciłem wokół nadgarstka, dziewczynie wcisnąłem pomięte złotówki i odruchowo okręciłem się na pięcie. Już miałem wychynąć za róg, gdy klepnęła mnie w ramię.

– Ej koleżko. Uważaj z tym dobra? Jakby co, nigdy mnie nie widziałeś, nie słyszałeś, nie wiesz jak wyglądam i w życiu nie gapiłeś się na mój tyłek. Jasne?

Zaskoczyła mnie. Łał… skąd kobiety mają ten siódmy czy który tam zmysł? Gapiłem się, jak każdy. Co w tym dziwnego? W dzisiejszych czasach byłem ‚tym bardziej’ usprawiedliwiony! Zgrabny tył to zdecydowanie nietypowa część ciała.

– A ta przestroga to czemu? Jeśli oczywiście można wiedzieć?

– Coś się święci koleżko. W ‚podskórnych’ mówią. Pilnuj się i trzymaj język za zębami. I tak się nie rozpędzaj. Kupujesz te pudła jakbyś uzupełniał jakąś kolekcję czy coś w tym stylu. Nic mi do tego, ale za to mogą Cię usadzić na długo. Trzym się ziomek, spływam!

Kiedy teraz o tym myślę, sam nie wiem czemu kompletnie ją zignorowałem. Sygnał był jasny, szkoda tylko że ja byłem ślepy. Radośnie podreptałem aleją w stronę samochodu. Skrytkę miałem w bagażniku, skrzętnie urządzoną po prawej stronie koła zapasowego. Wysypałem pomarańcze na tylne siedzenie, a karton owinąłem w ręcznik. Był duży, ale do szuflady pasował jak ulał. Wsiadłem za kółko i skręciłem kluczyk. Auto burknęło i po chwili mżawkę za oknem zagłuszyło radio. W akompaniamencie przyjemnego dudnienia i zatopiony w marzeniach o przyszłej rozgrywce dotarłem do domu. Wszedłem. Zrzuciłem kurtkę i buty, a potem rozsiadłem się wygodnie w fotelu. Mokre włosy i przesiąknięte skarpety nie były problemem. Liczyło się tylko jedno. Miałem to. Czas na lekturę instrukcji.

W tamtych czasach planszówki były zakazane. To jakaś skrajna głupota, ale tak było. ‚Z zewnątrz’ nikt nie grał. Technologie rozwinęły się tak bardzo, że nikt nie miał czasu na zabawy bez użycia prądu. Do tego social media pochłaniały większą część życia niemal całej populacji. Od przedszkolaka po emeryta. Zwykły telefon to było nic. Tablety towarzyszyły każdemu zarówno przy porannej kawie, jak i na wieczornej kolacji. Czytniki różnej maści, super zegarki, komputery, laptopy, konsole. Wszelka możliwa technologia dosłownie wylewała się z kieszeni, toreb, plecaków… wreszcie z każdego domu, pracy i kawiarni. To był istny armageddon! I do tego jaki sprytny! Tak cicho i spokojnie wdarł się w nasze życie, że mało kto zauważył jakąkolwiek różnicę. Po prostu jakbyśmy z dnia na dzień przywarli do ekranów. Tak o, naturalnie.

Tak było ‚z zewnątrz’. Bo z dala od wścibskiego oka sąsiadów, poza zasięgiem kamer i czujników, w wielu piwnicach czy schronach działa się magia. Grali chyba wszyscy. To znaczy… wszyscy Ci, którzy nie czcili kultu technologicznej uciechy. Jeśli wiedziałeś gdzie i kiedy się zjawić, jak otworzyć te jedne, konkretne drzwi, oczom ukazywał się piękny świat prehistorycznej ‚kontrabandy’. W świetle wielkich, tłustych świec i z tłem soundtrackowej muzyki siedzieli Oni. Grali w gry wszelkiej maści, gadali, integrowali się, myśleli, śmiali… po prostu… żyli. Klimat towarzyskiej szczęśliwości ledwo mieścił się w czterech ścianach, dosłownie kipiał i uderzał już od progu.

Na takie spotkania każdy przynosił coś swojego. A jak nie mógł – pożyczał. Ludzie dzielili się, częstowali, użyczali – nazwij to jak chcesz. Przy takiej powszechnej wymianie wszyscy jednocześnie traktowali planszówki ze słuszną czcią i delikatnością. Niemal jak drogocenny diament czy inny błyszczący kruszec. Karty trzymali w koszulkach, meeple w woreczkach, a pozostałe drewno i figurki – w sakwach z miękkiego materiału. W przypadku świętych graali, gier starych i kultowych, bywało że laminowali nawet całe plansze. To było piękne. Cudowne miejsce i odskocznia. Z jednym tylko, wielkim, minusem. Wszystko to było całkowicie zakazane.

Ostatnie krople rozbiły się na trawie. Gołąb zrobił obrót, by zobaczyć inną część świata i raźno otrzepał skrzydła i ogon. W żwawym podrygu łepek osuszył się sam, a sterczące pióra diametralnie zmieniły swoje ułożenie. Jednak wcale nie na lepsze. W najlepszym wypadku wciąż przypominał pierzastego jeża. Ptak poderwał się do lotu i zostawił to wymarłe miejsce daleko za sobą. Wiatr omiatał jego wątłe ciało, wciskał się pod skrzydła, ogon i napierał na oczy. Gdzieś tam, hen przed nim znajduje się miasto. O tej porze pewnie równie puste jak ta dziura, ale może choć trochę okruszków znajdzie pod miejscowym marketem.

CZĘŚĆ 2, BEZPRAWIE.

Zapytacie dlaczego gry planszowe objęte były zakazem? Genezy nie pamiętam, ale obecny stan rzeczy wyglądał mniej więcej tak: Ktoś, gdzieś tam ‚u góry’ nie chciał, by lud myślał samodzielnie kreatywnie. Rozwój i postęp miał pozostać w marazmie, dokładnie tak, jak jest. Społeczeństwo otwarte i żądne wiedzy nikomu do szczęścia nie było potrzebne. Zaopatrzeni w ponętną elektronikę ogłupieni homo sapiens byli idealnym tworzywem do spełniania marzeń ekipy siedzącej u władzy. Tak miało być i tego chciało szefostwo. Towarzyskie spotkania? Świeże powietrze? Ruch, aktywność? Świeży i gęsto fałdowany mózg? Śmiałość, pomysły, charyzma i wolność? Nie. Nie tu i nie w moim świecie.

A jednak, spośród zakutej w niewidzialne łańcuchy ludności, do podziemi przesączała się garstka fanatyków. Czujnych, po części jednak lękliwych. Zupełnie nieświadomych wypełniającej ich po brzegi odwagi. Bo tą zauważyć jest bardzo trudno. Bohaterem zostaje się z przypadku, czasem przymusu. Nie z wyboru popartego gotową koncepcją. Tam, w ciemnicy, w piwnicach i opuszczonych domostwach tkwili ludzie spragnieni zapomnianej od dawna towarzyskiej swobody. Gwarnych rozmów, dobrego drinka, śmiechu i wszystkiego co niosło radość i szczęście. Czegoś pokroju gier bez prądu, które niegdyś łączyły pokolenia i wołały na przechodniów z każdej wystawy każdego miasteczka. Ci ludzie przeciwni wywróconemu do góry nogami systemowi dopiero po latach przekonali się do czego są zdolni. Kiedy w kolejnej dekadzie ramię w ramię stanęli na ulicach i wszczęli powstanie, wybuchła regularna wojna. Bohater stał przy bohaterze, by razem zaprowadzić nowy porządek.

Jednak teraz czasy były inne. Nastał okres nieświadomej dyscypliny i ograniczenia umysłowego. Gdybym dreptając chodnikiem wymachiwał kolorową planszówką niechybnie dostałbym mandat. Mandat, który byłby równoznaczny z otwarciem teczki w biurze tutejszych służb porządkowych. Infiltracja z ich strony zwykle nie trwała długo. Wystarczyło najwyżej kilka dni, by zebrali materiał i zajęli ‚obiektem’. Taki jegomość znikał pod osłoną nocy i tyle go widziano. Na dobrą sprawę nikogo nawet nie obchodziło, że sąsiad przepadł bez wieści. Z reguły i tak nie miał wielu znajomych, bo zatracał się w szeroko pojętej ‚kontrabandzie’. Czytał książki, czasami ćwiczył no i najczęściej grywał także w planszówki. Tacy goście raczej stronili od Sieci i mało kto w ogóle ich znał. Kiedyś był, teraz go nie ma. Żadna różnica. Na dobrą sprawę w większości sytuacji mało kto w ogóle odnotowywał, że na osiedlu ubyło mieszkańca.

Podobne życie wiodłem i ja. W smutnym, opustoszałym świecie bez większych nadziei. Za dnia wtapiałem się w tłum ciągnących do pracy, by po południu zrobić to znowu, tyle że w drodze powrotnej. Na przerwach w robocie chadzałem na stołówkę albo do kibla, gdzie gapiłem się na milczący naród o uniwersalnej twarzy. Bez emocji i uczuć, pustej, zupełnie niewzruszonej. Czułem się jak w tych starych filmach, które widziałem u dziadka. Paskudne stado zombie zapatrzonych w ekrany.

Nie byłem tacy jak oni. Nie chciałem być. O to zadbali rodzice i właśnie mój dziadek. Od małego wpajali mi alternatywy, podsuwali pod nos książki, opowiadania… wreszcie gry. Trochę komputerowych, jakąś konsolę, ale przede wszystkim planszówki. Pamiętam, choć trochę przez mgłę, kiedy siadaliśmy wieczorami przy smętnym świetle pojedynczej żarówki i z brzdąkającym w tle odtwarzaczem graliśmy w hity, których nazw teraz już nie potrafię powtórzyć. I dziś dalej prowadziłem się ich stylem życia. Tyle, że za prawdziwy dom służyły mi piwnice, strychy i opuszczone rudery – ‚podskórne’. Chodziłem tam przynajmniej raz w tygodniu. Poznałem tam moją przyszłą małżonkę i wielu przyjaciół. I kiedy to wszystko tak wspaniale wplotło się w moje życie, kiedy trwało od długich już lat, w końcu musiało się pokiełbasić. Tak to już bywa, wszystko co dobre kiedyś się kończy. I skończyło się. Dokładnie w tamten deszczowy wieczór.

CZĘŚĆ 3, WITAM W MOICH SKROMNYCH PROGRACH.

Zamknąłem instrukcję i z błogim uśmiechem przetarłem jeszcze wilgotne czoło. ‚Uhhh…’ sapnąłem przeciągle. Rozejrzałem się po pokoju i zdałem sobie sprawę, że ktoś na mnie patrzy. Zerknąłem w lewo… zerknąłem w prawo… Potem w górę i w dół… Jest. Zawsze tu siedzi.

– No… kici kici. Chodź, damy kisiełkowi papu tak? Kici kici… no chodź. Taak… znowu obrażona. Ehh, jak ja mam dość tego kota. Dawno już przestał przypominać ciężarną, teraz swobodnie mógłby robić za kołdrę czy inne badziewie o nieskończonej powierzchni. Nie mogę już na niego patrzeć. Ledwo za mną lezie powłócząc krótkimi nogami. Nic dziwnego, że nigdy go nie słyszę. Jak już zalegnie pod kanapą to pół dnia się nie rusza. To też nie mam czego słyszeć jak tak gnije bez ruchu. Pozbyłbym się go, ale jakoś mi szkoda… I karmię go dalej, bo boję się, że zeżre mnie przypadkiem gdy zasnę.

– No chodź tu spaśluchu! Patrz, tuńczyk! O… jaki dobry tuńczyk co?

Niech je i idzie spać, czy cokolwiek tam robi wieczorami. Pora na prysznic. Po głowie wciąż obijały mi się nowo poznane zasady. Ale w sobotę będzie rozgrywka! Jak się Jerzy dorwie, to pewnie wyjdziemy dopiero nad ranem. Muszę gdzieś dorwać bukiet dla Marceli, bo znowu się na mnie obrazi…

<ding dong>

Dzwonek? O tej godzinie? Marceli będzie jutro… kto to może…

<ding dong>

– Idę już, idę!

Nie zdążyłem chwycić za klamkę gdy drzwi rozwarły się z łoskotem. Wraz z nimi do środka wpadły resztki siepiącej mżawki i dwóch mało przyjaznych zakapiorów. Mniejsza o to jak wyglądali, najważniejsze i jednocześnie najbardziej przykre było to, co mieli przypięte do paska. Znaczek miejskiej Kontroli! Po co przyszli? Dlaczego dziś? Teraz? Gdzie jest moja…

– Dobry wieczór obywatelu. My dosłownie na chwilę. Proszę usiąść.

Pudło schowałem za oparciem fotela. Ot taki dobry nawyk, który wymusił na mnie dziadek. Nigdy, przenigdy nie sądziłem, że okaże się przydatny. Teoretycznie aż do teraz. Ale skąd Kontrole wiedzieli, żeby przyjść akurat dzisiaj? I po co przyleźli w ogóle?

– Uprzejmie powtórzę raz jeszcze. Obywatelu, siad.

Jakoś tak naturlanie nogi odmówiły mi posłuszeństwa i wilgotny tyłek zapadł się w miękką kanapę. W tamtym momencie nie byłem nawet do końca pewien od czego był taki mokry… Bezwiednie oparłem się o poduszkę i spróbowałem zadać pytanie. ‚ I spróbowałem’ to idealne określenie tego co nastąpiło, bo po chwili ciszę pokoju poruszyło tylko zdławione kaszlnięcie. Nie powiedziałem nic, zmierzyłem ich tylko od góry do dołu i zerknąłem na ręce. Dlaczego na ręce? Bo tam najłatwiej dostrzec oznaki zbliżających się konsekwencji. Tymczasem nieproszeni goście również milczeli. Wyprostowani, jakby pod płaszczami nosili kije od miotły, powoli i spokojnie przemierzali mój salon. Na razie, bez zbędnych ruchów rozglądali się tylko to tu, to tam. Deszcz wciąż sączył się przez odsłonięte framugi co świadczyć mogło tylko o jednym. Ktoś zaraz stąd wyjdzie. I skrajnie idiotyczne byłoby myślenie, gdybym obstawiał, że uda mi się jednak zostać dziś na noc. Zatem pozwólcie, że przewinę do przodu – w dużym skrócie, zupełnie odwrotnie niż na filmach sensacyjnych o absolutnie farciarskich agentach wywiadu, Kontrole bez większego trudu odkryli mój schowek, zabrali pudełko i wyszli. Nie sami. Ciągnęli mnie za sobą. I wierzcie mi, mokry tyłek to ostatnia rzecz o jaką w tej chwili miałem odwagę się martwić.

CZĘŚĆ 4. SPECJALISTA.

Miejscowe biuro nie było daleko. Jego rozlokowanie to jeden z tych wymyślnych sposobów utrzymania szczelnego i powszechnego reżimu. Im mniejszy obszar Kontrole mieli do zwiedzania, tym łatwiej porządek robił się sam. Choć strażnicy nie spacerowali za często, ich chaotyczna nieregularność zapewniała dyscyplinę o każdej porze dnia i nocy. Toteż kontrabandy ludziska mieli niewiele. Najwyżej pojedyncze pudełka. Na spotkania jeździli głównie za miasto, a gdy już ktoś decydował się na ‚podskórne’ przy swoim mieszkaniu, przygotowania trwały całymi miesiącami. Ewentualną alternatywą była łapówka. Ta od lat stanowiła gwarancję spokoju. Poza ‚tymi u góry’ mało kto martwił się małymi grupami dziwnych fanatyków kartonu i kości. Kontrole musieli ich łapać, jednak kasę lubili bardziej.

Jak już mówiłem, biur było nieopodal, więc bardzo zdziwiło mnie, że draby podjechały tu autem. Wpakowali mnie do środka i w asyście trzeciego jegomościa wepchnęli worek na głowę. Cuchnął zgnilizną i pylił okrutnie. Parszywiał tu pewnie od lat, gdzieś pod siedzeniem pełniąc wdzięczną rolę wycieraczki. Nażarłem się piachu i diabli wiedzą czego jeszcze, ale nie śmiałem odezwać się słowem. Moi towarzysze podróży również milczeli, zupełnie jakby oddychanie pochłonęło całe zasoby ich komórek mózgowych. Może to dlatego, a może to efekt społecznego nawyku. Wtedy mało kto prowadził długie dyskusje siląc się na jakiekolwiek argumenty. Tapanie w ekran i stukanie w klawiaturę wyrażało więcej i szybciej, więc po co strzępić sobie język.

Jechaliśmy. Minęło dobrych kilka minut, gdy zdałem sobie sprawę, że przestałem słyszeć charakterystyczne echo dźwięków rozbijanych o betonowe płyty wieżowców mojego osiedla. Na zewnątrz nastała cisza. Przez rozszczelnioną szybę dobiegał jedynie szum pracującej gumy i asfaltowej nawierzchni. Jechaliśmy.

Skołowany i utuczony mokrym piaskiem z nutką subtelnie drażniącego kurzu, zapadłem się w sprężystą tapicerkę i starałem uspokoić. Czasu miałem sporo, bo do celu dotarliśmy po około godzinie. Kontrole wysiadły i na chwilę zostałem sam. Kiedy wrócili wyczułem od nich wyraźne podekscytowanie. Jeden chwycił mnie pod pachy i wyszarpał z samochodu. Mało kogo obchodziło, że kapcie zostawiłem w domu, a stanie w kałuży nie pomaga na reumatyzm. By dopełnić szczęścia zdecydowali się złapać mnie za kark i pociągnąć przed siebie. Może nawet czułbym się komfortowo, gdyby nie to, że ostatni krzyk mody którym udekorowano mi głowę nie zaciskał się obecnie wokół gardzieli. Zdekoncentrowanie ustąpiło brakowi korzystnego dla życia tlenu. Byłbym upadł i ‚zasnął’ gdyby nie to, że po chwili dotarliśmy do jakiegoś pomieszczenia. Przemiły odźwierny spełnił swój obowiązek i w ostatnim przypływie uprzejmości pomógł mi upaść. Pod kolanami poczułem twardy i zimny beton, a w powietrzu tak dobrze znany mi dzisiaj aromat wilgoci.

– Proszę wstać obywatelu. Jesteśmy już blisko.

Poprosił, więc wstałem.

– Proszę przed siebie obywatelu.

Poprosił, więc szedłem.

– Proszę chwycić barierkę obywatelu.

Poprosił, więc chwyciłem. Po chwili doprowadził mnie do pokoju. Po jakiś stu metrach minęliśmy drzwi i stanąłem w progu. Usłyszałem kliknięcie i taktownie wysunięty kluczyk.

– Ahh witaj przyjacielu! Jak się masz!

– W.. witaj?

– Człowieniu, co Ty masz na głowie? Zdejmij to przyjacielu, nie rób z siebie barana.

– Sł.. słucham? N… ni… nie mogę, mam związane ręc… – chwila. Wcale nie miałem związanych rąk. Na filmach zawsze to robią! Kajdanki albo taśma, zawsze pętają jak bydło i wrzucają na pakę. Moje ręce były całkowicie wolne przez cały ten czas, a ja nawet nie spróbowałem zdjąć tego worka? Brawo, po prostu… brawo.

Powoli podsunąłem szmatę do góry. Pożałowałem już po ułamku sekundy. Oślepiające światło wdarło mi się do czaszki, ukłuło w oczy i uszy, dostałem w twarz błyszczącym sierpowym i aż zatoczyłem się w tył. Chwilę zajęło zanim wzrok przyzwyczaił się do jasno wypełnionego pokoju. Stałem w kącie obok framugi, a przede mną roztaczała się komnata potężnych rozmiarów. Wszędzie pod ścianami poustawiane były regały pełne papierów, książek, skoroszytów i szarych kartonów. Nad nimi, zwieszone z sufitu dyndały monitory. Wszystkie upstrzone wykresami, tabelkami i pozostałą informatyczną drobnicą, której ni w ząb nie potrafiłem zrozumieć. Podłoga zasypana była pudłami po sprzętach maści wszelakiej, ryzami papieru i ogólnym syfem po wchłoniętym jedzeniu i gazowanych napojach. Kluczowym słowem jest tu ‚wchłonięte’. Uzasadnienie siedziało pośrodku całego tego obrzydliwego bajzlu. Na wątpliwie wygodnym tapczanie spoczywało On. Rozlazły gość, którego szerokość ledwie mieściła się w ramach obranego siedziska. Nie miał na sobie koszulki, a czym zakrywał się od pasa w dół – ciężko powiedzieć. Jedyne co mogłem tam dojrzeć to jego kostki. I różowe kapcie z uszami, które kiedyś mogły przypominać króliczki. W tej chwili patrzył się na mnie i być może nawet uśmiechał. Rogowe okulary zsunał na czubek nosa odsłaniając krzaczaste brwi zmierzające od ucha do ucha. W końcu przemówił.

– Dobrze Cię widzieć przyjacielu. Wybacz mi nieporządek, ale chyba nietrudno się domyślić, że nie chwytam za zmiotkę. Ale co tam, też jesteś facetem więc pewnie mnie rozumiesz. Usiądź mój drogi, spocznij i wyciągnij kopyta.

Kucnąłem na sąsiednim kartonie.

– Wybacz również chłopakom. Formę transportu oczywiście. Nie są zbyt ‚lotni’, wykonują jedynie rozkazy.

Podrapał się po podbródku i kontynuował:

– Jestem Specjalistą. Odpowiadam za całą Sieć i monitoring tej części kontynentu. – mówiąc to odchylił nieznacznie swój wielki łeb ukazując skryty za plecami komputer i konsolę sterowniczą.

– Pewnie zastanawiasz się czemu Cię tu sprowadzilem? Planszówki, mówi Ci to coś, hm? Przyjacielu? Taaa… milczysz. Powiem zatem za Ciebie. Tak, grywasz. I to zdecydowanie za dużo. Mamy tu regulaminy wiesz? W tym naszym małym i poukładanym świecie. Nikt nie życzy sobie gości kreatywnych i towarzysko usposobionych. Nie możesz latać po ulicach i wymachiwać workami meepli czy innego badziewia. Nie masz na to ani dosyć pieniędzy, ani pozycji społecznej. Życie Ci niemiłe? Po co Ci to? Paragrafów nie czytałeś?

Milczałem.

– Powiem Ci co teraz będzie. Masz dwie możliwości. Obie równie niecodzienne i zaskakujące. Pierwsza: możesz mi zaufać. Druga: możesz mi nie zaufać. Zacznę od pierwszej i kto wie, może nie będę musiał w ogóle przechodzić do drugiej. Świat jaki znasz rządzi się swoimi prawami. Od czasu nowych porządków ograniczamy wolność do całkowitego minimum. To wiesz i wyraźnie Ci to przeszkadza. Na dyscyplinę oko mam ja i kilku podobnych mi pracowników. Specjaliści obserwują swoje regiony i koordynują działania miejscowych Kontroli. Wyłapujemy takich jak Ty i odsyłamy do miejsc, o których historii nie chciałbyś słyszeć. Tam ‚u góry’ wszyscy są szczęśliwi, że sumiennie i precyzyjnie wykonujemy swoją robotę. Porządek trwa, a szefostwo jest usatysfakcjonowane. I teraz dochodzimy do sedna – czy chcesz mi zaufać?

Patrzyłem na niego i słuchałem bardzo uważnie. Mówił wolno, a w jego głosie słychać było spokój i bystrość. To ten typ człowieka, który zanim skończy to już wiesz, że dobrze przemyślał co chce przekazać. Siedział tam, wgnieciony w kanapę i obserwował. Zamilknął na chwilę i wyraźnie na coś czekał. Na moją odpowiedź? Nie wiedziałem gdzie ukrył haczyk, nie mogłem go rozgryźć. Patrzyłem przed siebie, a w głowie czułem hulającą pustkę. Patrzyłem tak długo i wytrwale, aż wreszcie ujrzałem to, co chciał mi pokazać. W palcach lewej dłoni, schowanej częściowo przy oparciu siedziska, trzymał coś błyszczącego. Wytężyłem wzrok i ujrzałem… na chwilę wstrzymało mi oddech. Piękny, złoty meeple krążył pomiędzy grubymi palcami, raz po raz odbijając refleksy lsniącej żarówki. Taki znaczek nie mógł trafić tu przez przypadek. Po pierwsze gdyby ktoś go znalazł – właściciel niechybnie trafiłby ‚tam gdzie nikt nie chciał trafić’, a po drugie mieli je tylko bywalcy ‚podskórnych’. Gdyby wpadły w niepowołane ręce, dezaktywowano je i zmieniały kolor na czarny bądź szary.

– Zatem chcesz mi zaufać przyjacielu. Rozumiem. Tacy jak my powinni trzymać się razem. Na tą chwilę musisz wiedzieć tylko tyle: szykuje się wojna, a Ty i ja odegramy w niej rolę niebagatelną. Dziś wrócisz do domu i grzecznie poczekasz na wizytę Kontroli. Przyjdą Cię zabrać. Ostrzegę Cię wcześniej i na pewno dasz sobie radę. Tymczasem bywaj przyjacielu. Do rychłego zobaczenia.

Koniec.

Mahalo 🙂