Robota recenzenta? Wchodzę w to!

WAŻNE:

Chciałbym, by hasło konkurencja było traktowane na potrzeby tego tekstu jako słowo pozytywne, zwyczajne określenie osób, które również piszą/nagrywają o grach planszowych.

Druga rzecz – materiał jest tylko i wyłącznie moją opinią, nie ma na celu obrażenie kogokolwiek ani czegokolwiek. Możesz się z nim drogi Czytelniku w pełni nie zgadzać.

Gdzieś z początkiem roku 2016 napisałem artykuł o lekko krzykliwej nazwie – Żegnajcie. Machnąłem tam kilka słów na temat tego jak ‚od kuchni’ wygląda prowadzenie bloga o planszówkach, ale chyba nie wyrzuciłem z siebie do końca wszystkiego co miałem w tej kwestii do powiedzenia. Od początku założenia Turlnij spędziłem sporo czasu na rozmowach o rozwoju strony, o przyszłości i przeszłości zarządzania witryną, o jakości materiałów i wreszcie niezliczone minuty o… konkurencji. Jedynie z braku lepszego pomysłu na słowo wybrałem właśnie konkurencję za określenie tych wszystkich, którzy również recenzują planszówki i materiały okołogrowe. I być może nie mam rozległego doświadczenia, bo Turlnij dostępne jest w Sieci zaledwie od ~roku, a ja sam wciąż jeszcze unoszę się głęboko pod taflą zajętą przez najpopularniejszych ekspertów w dziedzinie naszego pięknego hobby, ale nie znaczy to wcale, że nie mogę napisać co o tym wszystkim myślę. Przejdźmy zatem do sedna.

PS: Do stworzenia tego tekstu skłoniła mnie olbrzymia ilość blogów i vlogów, które miałem okazję obserwować od kiedy sam zabrałem się za pisanie. Nie bez znaczenia pozostaje także potężna ilość opinii jakie widuję na grupie Facebook’owej, a których ogrom zdaje się wcale nie kończyć.

Tak jak zacząłem już w styczniu, nadal podtrzymuję, iż by być recenzentem (powiedzmy, że przynajmniej średnim) trzeba poświęcić na to naprawdę dużo czasu, cierpliwości i przy okazji bardzo lubić zarówno granie jak i pisanie. To jednak nie wszystko…

Zdarza mi się, choć raczej sporadycznie, sięgnąć do tekstu lub nagrania kolegów i koleżanek po fachu. Czasami dla przyjemności, czasami dla zabicia czasu, jeszcze innym razem – by uzupełnić wiedzę bądź by zwyczajnie przekonać siebie samego do kupna jakiegoś tytułu. I tak, nie uważam za coś złego posiłkowania się wiedzą innych. To dobra cecha, a już szczególnie u gościa, który zamierza później taką wiedzę przekazać swoim odbiorcom. Im więcej wiem o danej planszówce, tym lepiej dla mnie – ergo – także dla moich czytelników. Nie chodzi tu o kopiowanie treści bądź zmianę opinii. Tak powiedział XXX, a tak YYY, to musi być prawda, wyciągnę z tego medianę i zarządzę najlepszą recenzję jaką żeście widzieli! Nie. Nie tak to postrzegam. Wiedzieć co w trawie piszczy i jak konkretny tytuł oceniają pozostali – to mam na myśli. Dobrze być otwartym na wszelkie opinie i znać swoją ‚branżę’. Ok, ale wróćmy do nurtu. Otóż sięgam do tych wszystkich materiałów, których rzeka z dnia na dzień płynie wesoło i czytam, oglądam… Jest tego mnóstwo, niemal do wyboru, do koloru. Ba, śmiem twierdzić, że większości przeciętny planszówkowicz nie zna i znać nie będzie. A szkoda, bo niektóre są bardzo wartościowe. Gorzej, że spora część wartościowa nie jest. (I na powrót przypominam – to tylko moje zdanie, radzę sprawdzić we własnym zakresie). A nie jest, bo często pisana ‚na kolanie’ lub nagrywana po łebkach, bez większego przygotowania, a to żeby mieć już to pierwsze video, żeby naskrobać i publikować. Żeby już teraz zacząć, niech spirala się kręci i sama napędza. Od dziś jestem recenzentem, tabuny widzów wpadną na stronę, a mój świat wywróci się do góry nogami. Hm…

Rodzi się pytanie – po co to wszystko? Na co komu setki tekstów wątpliwej jakości? Godziny nagrań i tysiące zdjęć, które nie wnoszą nic nowego albo wnoszą… ale w formie, którą strawić niezwykle ciężko. Nie wskazuję tu nikogo palcem, nie taki mój cel. Zresztą to co dla mnie prezentuje się miernie, nie musi dla Ciebie drogi odbiorco, to kwestia zupełnie indywidualna. W każdym razie zastanawiam się, dlaczego podchodząc do wspaniałego hobby jakim są planszówki i jednocześnie do swojej pasji, jaką dla potencjalnego recenzenta winno być pisanie, mówienie czy nagrywanie, nie staramy się dostarczyć materiałów jakości maksymalnie najwyższej? Takiej, że gdy już ukaże się na naszej stronie, gdy wrzucimy ją na kanał, możemy śmiało powiedzieć – hej, to jest moje i jestem przekonany, że kiedy to przeczytasz – wrócisz do mnie, bo nie ma lepszego materiału ani w Sieci, ani nigdzie indziej.

Zastanawiam się także, czy nie jest to podyktowane niewłaściwymi priorytetami. To tylko moje domysły, ale kto wie, czy głównym założeniem niektórych nie jest żądza nawiązania współpracy z rzeszą wydawców… w wiadomym celu. Może tak, może nie, nie będę odpowiadał za innych. Odpowiem za siebie – by zwrócić uwagę na Turlnij musiałem naprawdę bardzo mocno się napracować. I mam tu na myśli serio – ‚bardzo mocno’. Nie pół godziny wieczorem po pracy, tylko kilka godzin dziennie. Ah! I co ciekawe dotarcie do wydawców i autorów wcale nie było pierwotnym pomysłem na ‚biznes’. Było środkiem do celu, środkiem do tego, by stronę prowadzić i mieć stałych widzów. By pisać dla kogoś, a nie dla siebie. Wsparcie przyszło, jest bardzo pomocne i daje mnóstwo radości i motywacji, ale jeśli ma być celem głównym… chyba nie tak być powinno. Recenzuję bo lubię i chcę, a nie recenzuję bo muszę.

Zatem mała konkluzja. Sam staram się tworzyć content, który chciałbym czytać osobiście. Maksymalnie dobry i najlepszy jaki potrafię dostarczyć. Z punktu widzenia czytelnika pewnie nie zawsze jest on wybitny, ani nawet przeciętny, ale mam nadzieję, że widać po nim choć jedno – nie zrobiłem go po łebkach, tak o – żeby był. Życzyłbym sobie widywać tylko takie materiały, które pochłonęły mnóstwo roboczogodzin i zrobione były z pasji i chęci do robienia, nie tylko po to, żeby być kolejnym blogiem, czy kanałem o planszówkach – bo to modne, bo chcę mieć swój kanał, bo może coś z tego będę kiedyś miał. A najlepiej nie kiedyś, tylko dzisiaj, teraz, zaraz. Bo poza tym, że recenzuję dla siebie, muszę stale pamiętać, że ktoś po ten mój materiał prawdopodobnie wcześniej czy później ręce wyciągnie. Przeczyta, obejrzy i zada sobie pytanie – czy chcę wyciągnąć złocisze z portfela i pognać do sklepu, czy też nie? Nie moim zadaniem jest namówić go do tego, ani tym bardziej odwodzić. Ten tekst, który przeczyta powinien skłonić go do przemyśleń, do wyciągnięcia swoich wniosków – do podjęcia własnej decyzji. Najlepiej, by dostarczyć go zatem w możliwie najlepszej i przyjemnej w odbiorze formie.

Co ciekawe, ten króciutki fragment powyżej mówi o czymś co uważam za niezwykle ważne. Wtrącę szybkie jego wyjaśnienie. Otóż jestem głęboko przekonany, że wystawianie ocen i polecanie tytułów jest ostatnią rzeczą, jaką powinienem zrobić po napisaniu recenzji. I znowu powtarzam, to tylko moja opinia – i jednocześnie wcale nie znaczy, że nigdy nie polecę ani nigdy nie wystawię oceny jakiemuś tytułowi. Staram się tego unikać z jednej ważnej dla mnie przyczyny – bo ufam, że czytelnik sam wystawi sobie ocenę na podstawie zdjęć i informacji, którą na Turlnij zobaczy. To wciąż miejsce, gdzie znajdzie artykuły stronnicze, subiektywne, bo takie z założenia mają być, ale niech osobiście przeczyta i zdecyduje – to jest coś dla mnie, a tamto nie. Przykład: niech losowe rzucanie kostką w grze X rozwala mi zabawę doszczętnie. Bawię się fatalnie i myślę tylko o tym, żeby planszę wywalić do kosza i jak najszybciej pójść spać, zapomnieć o tym koszmarze. Być może napiszę wtedy, że gra podoba mi się za to, tamto i jeszcze coś innego, ale losowość wypaczyła mi większość rozgrywek i niestety może spodobać się tylko tym, którzy rzucanie kostką uwielbiają, a im więcej turlania tym więcej fun’u. Zatem to co dla mnie jest przeszkodą nie do przejścia, dla kogoś może być najwspanialszą cechą danej planszówy. Toteż niech wie co mnie spotkało, ale niech nie widzi oceny 1/10 czy 2/5, bo kto wie, być może odbierze ją opacznie. Samodzielne decyzje – ot co.

I to by było na tyle. Felieton do refleksji, przemyśleń albo zwyczajnie do poczytania.

Dzięki za uwagę i do następnego razu!