Dobre, kosmiczne, karciane… recenzja gry planszowej Master of Orion!

W kosmos! Hełm, zapasy tlenu, obcisłe porty i w drogę. Tym razem towarzyszem mojej ‚wyprawy’ w nieznane będzie gra Master of Orion, za którego polskie wydanie odpowiada Rebel. Bądź co bądź jest to świeżynka, gdyż premiera była stosunkowo niedawno – przeto z radością zapraszam do przeczytania mojej opinii.

Dobry temat? Jest. Przystępna instrukcja? Mhm. Niezgorszy wygląd? Tak. Chęci? Jak najbardziej. Wyimaginowane pasy bezpieczeństwa, skafander i nieistniejące centrum dowodzenia? Gotowe. 3…2…1…

Info:

Autor: Igor Skliujew, Ekaterina Gorn
Polski wydawca: Rebel
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: ~40-60 minut

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Kręgosłup rozgrywki tworzą karty. Trochę dzieje się również na planszetkach graczy, ale zdecydowanie najwięcej zależy od kart. Gracze obejmujący kontrolę nad jedną z kilku dostępnych w grze ras (w tym także ludzi) będą, za pomocą akcji i kart właśnie, rozwijać ją i zdobywać punkty zwycięstwa. Mogą budować, eksplorować, zatrudniać doradców (postać o specjalnej umiejętności – pomocnik), atakować itd. To nie koniec, ponieważ również rasy wpływają nieco na przebieg rozgrywki, gdyż różnią się względem siebie – cechują indywidualnymi umiejętnościami.

Wracając jeszcze na chwilę do planszy gracza, warto wspomnieć o trzech torach zasobów, które są ściśle powiązane z częścią możliwych do podjęcia akcji. To bardzo ważny element gry, należy go więc kontrolować z uwagą. Co więcej wpływają także na ilość dostępnych dla danego gracza akcji w rundzie.

Zużywanie i zyskiwanie zasobów to jedno. Druga rzecz to tzw poziom zadowolenia naszej populacji. Jeżeli pozwolimy, by spadł poniżej pewnego poziomu to część kart przestanie być dla nas dostępna do budowy bądź użytku. Co gorsza, gdy sięgniemy zera, możemy zakończyć partię (co niekoniecznie musi oznaczać naszą przegraną).

Ok. Chyba dość. Po więcej zajrzyj do instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Po prostu OK.
Przede wszystkim grafiki. Podobają mi się i plus za to, że są spójne z całością. Opisy należą do czytelnych, karty są w porządku, znaczniki też. Trochę ubolewam, że planszetki ras są bardzo cienkie – wniosek, że pewnie podatne na uszkodzenia. Będąc jeszcze bardziej drobiazgowym mógłbym przyczepić się do kosteczek, które są dość duże, i pudełka sprawiającego wrażenie nietrwałego, ale to już marudzenie na wyrost i wyjątkowe czepialstwo.

Czas rozgrywki:
Przystępny. Nie zaobserwowałem większych przestojów. Akcje (proste, ładnie opisane na planszy rasy) podejmujemy na zmianę, a ich wykonanie nie powinno trwać długo. Limit kart na ręce i limit układów gdzie je wystawiamy zapobiega sytuacjom, w których możemy być przytłoczeni ogromem opcji do rozpatrzenia.

Klimat:
Względny. Do pewnego stopnia wyczuwalny, by potem gdzieś się gubił. Wyjaśniam: karty, grafiki i opisy z instrukcji to składowe fajnie wprowadzające w uniwersum Master of Orion. Uniwersum, którego de facto nie znam, bo w cyfrową wersję nie grałem. Ważne, że klimat znalazłem, zatem myślę, że przy odrobinie chęci można ‚się wczuć’. Trochę gorzej było później, gdy wciągnąłem się w rozgrywkę na dobre. Wtedy dużo bardziej istotne okazało się zerkanie na ikonki i liczenie wraz z kombinowaniem co opłaca się najbardziej. A klimacik uleciał.
Regrywalność:
Bardzo spoko. Oczywiście dużo w tej materii zależy od niczego innego jak kart. Tych może nie jest przesadnie dużo (do tego się powtarzają), ale całościowo spełniają swoją rolę. Używanie ich na różne sposoby – głównie budowanie, ale również np. eksploracja – to nie tylko fajna zabawa, ale także dużo możliwości i spore zróżnicowanie.

Próg wejścia (przystępność):
Choć niekoniecznie wygląda, to jednak niski. Pomocna, dobrze oznaczona plansza rasy, jasno opisane karty i wystarczająco krótka instrukcja dbają o to, by w Master of Orion nauczyć się grać szybko i bez większych przeszkód. Nowi gracze powinni dać sobie z nią radę z łatwością, a i podczas rozgrywki z kimś bardziej zaawansowanym myślę, że dysproporcji raczej dużej nie uświadczą.

Interakcja:
Jest jej trochę. Choć raczej sprowadza się do tego, na jak dużo pozwolimy sobie my i nasi rywale. Możemy atakować (co przynosi punkty zwycięstwa), możemy zagrywać karty oddziałujące na przeciwników. Ciężko określić jak dużo negatywnej interakcji finalnie w danej partii się znajdzie, jednak możliwości, by nawzajem sobie poprzeszkadzać są.

Losowość:
Jest. Nie chcę powiedzieć, że psuje rozgrywkę lub wypacza wyniki… jednak może mieć na nie wpływ. Zdarzyły mi się sytuacje, kiedy nie podeszły mi karty i było nieco ciężej niż bym chciał, ale ostatecznie nie sądzę, by był to wielki problem. Ot, trzeba się przygotować, że nie wszystko da się tu zaplanować i trzeba działać z tym, co się ma.

Skalowalność:
Nie mam uwag. Wiele zależy od nastawienia graczy. To jak chcą grać i jakie mają zamiary. Podoba mi się też, że zmienia się liczba dozwolonych ataków na pojedynczego gracza względem tego jak dużo uczestniczy ich w rozgrywce. Im więcej graczy, tym trochę ciężej o karty, bo jednak więcej rąk po nie sięga, ale poza tym jest prawidłowo.

Podsumowanie:

Nie byłem pewien czego spodziewać się po Master of Orion. Z początku obawiałem się przerostu formy nad treścią. Bałem się, że adaptacja gry może być kiepskim rozwiązaniem, a tytuł okaże się po prostu słaby i przekombinowany. To co mogło być złym zwiastunem wziąłem na wyrost, bez potrzeby martwiąc się na zapas. Master of Orion okazał się grą świetną, o raczej niskim skomplikowaniu i bardzo przystępnych regułach. Rozgrywka jest dynamiczna, w większości sytuacji nie zostawia miejsca na spowolnienia. Bardzo podoba mi się mechanika budowania kart, które wystawia się do układów ograniczonych do pięciu elementów. Zmusza to do planowania – co chcemy zagrać i kiedy, bo przecież stawiając jedną kartę prawdopodobnie przysłonimy inną i zabieramy miejsce w danej kolumnie. Wykonanie gry też jest niezłe, nawet pomimo cienkich planszetek graczy. Niewiele mi się tu nie podoba, a nawet jeśli, to w nieznacznym stopniu. Losowość czy niezbyt silny klimat to sprawy, które potrafię przeboleć i bez których mogę przeżyć, jeśli mechanika ‚daje radę’. A tutaj jest z nią dobrze. Finalnie więc, bardzo chętnie zagram, bo świetnie się przy Master of Orion bawiłem.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Łatwe zasady i dużo fajnego kombinowania. Do tego zróżnicowane rasy i możliwość składania małych ‚silniczków’, choćby do zbierania punktów.

Najmniej lubię (słaba strona):
Losowość, która może popsuć szyki i zmusić do zmiany planu działania.

Dlaczego na TAK:
Bo to dobra gra, ze sprawnie działającą mechaniką. Kosmiczne uniwersum to dla mnie znaczna zaleta, choć klimatu nie czułem jakoś przesadnie mocno. Niski próg wejścia, niezła regrywalność, odpowiedni czas rozgrywki to również cechy (choć oczywiście nie wszystkie) za które Master of Orion po prostu lubię.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebel. Dzięki!