I pif i paf… i recenzja gry karcianek Bang! Pojedynek.

Bang, bang-bang!

Odgłosy strzałów dźwięcznie rozchodziły się w całym miasteczku. Od zdezelowanej furtki pobliskiej szopy kowala, aż po oddalony o długie metry wychodek, ratunek dla wielu klientów tutejszego centrum rozrywki – ‚Gdzie jest moja sakwa!?’, jak lubili zwać je miejscowi.

BANG!

Kolejna kula przecięła przestrzeń z zawziętością. Tym razem schronienie znalazła w blaszanym wiadrze na wodę dla koni. Wyraźny huk zaznaczył swoją obecność, by z głuchym mlaśnięciem zatopić się w środku. Sędziwy mustang ani drgnął. Nie był spragniony. Uciekający ciurkiem płyn nie robił na nim wrażenia. Strzelaniny to także nie nowość, więc koń stał niewzruszony, ledwie drgając od powiewów wiatru. Nadal oddawał się błogiemu łapaniu suchych promieni słońca, tylko, że teraz w obecności mocno już rannego pojemnika.

BANG!

Kiedy strzał dosięgnął kufla i roztrzaskał go w pył, tego było już za wiele. Kowboj zerwał się na nogi (zupełnie zapominając kapelusza) i ruszył do wyjścia. Błyszczące po świeżej polerce ostrogi wirowały od szybkich kroków zwiastując najgorsze. Mężczyzna położył dłoń na kaburze, zaś barkiem odpychał kolejnych klientów. Słońce rozświetliło mu twarz, gdy stanął na ubitej drodze – szła na przestrzał, długa, lekko kręta, pamiętająca niejedno. Wokół, za wszystkim co mogło pełnić rolę porządnej zasłony, kryli się ludzie. Niektórzy w oknach, inni za beczką czy stertą siana. W odróżnieniu od koni, które widziały nie jedno, miejscowi nie miewali objawów lekkomyślnej odwagi. Woleli sami, zdecydowanie i z pełną zachowawczością, w ukryciu, ciszy przeczekać to, co działo się od dobrych kilkunastu minut – a działo się głośno i niebezpiecznie.

BANG!

BANG!

BANG!

Ktoś chwycił kowboja i wciągnął za róg ‚Gdzie jest mojej sakwy!?’. Starszy mężczyzna spojrzał mu w oczy.

– Co do li… puść mnie, człowieku!
– Podziękujesz mi później.
– Uważaj, nabojów na pewno mi nie zabraknie.
– Takiś chojrak? Gdzie masz kapelusz?
– …
– Świeżo pucowane ostrogi?
– Ta…
– Nie. Nie wierze… Słuchaj koleżko… Wiesz co tam się dzieje? Zakładam, że nie masz bladego pojęcia. Wyjdziesz za róg i kończysz. Pif-paf i będę miał robotę na kolejne 3 godziny. Pojedynki ekipy szeryfa z miejscowymi bandziorami zwykle trochę trwają. I zwykle dobrze je w ukryciu przeczekać. Strzelają przez solidne kilkadziesiąt minut i wiesz co?Jak na wyborowych strzelców przystało – CHYBIAJĄ. A co się dzieje kiedy tacy chłopcy chybiają? Nie wysilaj się. Powiem Ci. Strzelają dalej. I co się dzieje kiedy strzelają dalej? Trafiają wszystkich wokoło. Zatem – kim jesteś?
– Ja…
– Brawo! Ty jesteś ‚wszyscy’. Podoba mi się jak szybko łapiesz chłopcze. Co zatem będziesz teraz robił?
– Ja…
– Brawo! Znowu dobrze. Będziesz tu grzecznie stał i czekał.
– Ja nie…
– Brawo! Kolejna poprawna odpowiedź. Na Twoim miejscu też byłoby mi przykro, że chciałeś przysporzyć mi niepotrzebnej roboty.
– Słuchaj…
BANG!
Pocisk przeleciał kilka centymetrów obok nich. Jakby chciał postawić kropkę na końcu zdania. Dosadnie dać do zrozumienia, że strzelanina rządzi się swoimi prawami, a postronnym obserwatorom i odważnym przyjezdnym lepiej poczekać w spokoju na finał. Kula z głuchym puknięciem wbiła się w drewnianą ścianę, wcześniej zostawiając pajęczynkę na zawieszonym po drodze lusterku. Kowboj spojrzał w swoje odbicie na środku gładkiej niegdyś tafli i zrozumiał, że dyskusja dobiegła końca.

Bang! Pojedynek! Miłej lektury.

Info:

Autor: Emiliano Sciarra
Polski wydawca: Bard
Liczba graczy: 2
Czas gry: ~30 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

W hiper skrócie: chodzi o zagrywanie kart i sprawne zarządzanie postaciami swojej drużyny. Każdy z graczy ma ich wyłożonych jednocześnie dwóch – gdy któryś zostanie wyeliminowany, w jego miejsce wchodzi kolejny. Ostatecznie zostanie pojedynczy strzelec (pełniący rolę obu – aktywnej jednostki i w odwodzie) lub nikt. ‚Nikt’ po naszej stronie oznacza, że przegraliśmy partię.

W Bangu prym wiodą karty – stanowiące większą część elementów gry. Pozwalają między innymi: trochę ‚postrzelać’, zagrać jakieś ‚pudło’, bywa, że także bardziej wymyślne akcje. Gracze mogą używać kart w określony sposób – czasami na swoje postaci, czasami na te rywala.

Warto zaznaczyć, że bohaterowie tworzący drużynę nasza i przeciwnika cechują się różnymi zdolnościami. Te zaś znacznie wpływają na rozgrywkę. Kończąc dodam jeszcze, że w pewnym momencie partii może okazać się, że talia dobierania dla obu grających będzie wspólna – stos odrzuconych jest jeden, by później móc stworzyć z niego pojedynczy deck dociągania.

Kto lepiej sobie poradzi w trakcie pojedynku i szybciej wyeliminuje drużynę przeciwnika – wygrywa.

Tyle o zasadach ode mnie. Więcej w instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Bang! Pojedynek to mała gra, w mały pudełku i całościowo całkiem niezłym wykonaniu. Karty wydają się być wytrzymałe, a żetony solidne. Biała obwódka tych pierwszych ułatwia nieco sprawę – kwestia otarć krawędzi nie powinna być problemem. Spoko szata graficzna wygląda po prostu dobrze. Z drugiej strony myślę, że karty można było trochę bardziej wypełnić kolorem i obrazkami, w obecnej formie są dla mnie zbyt puste.

Czas rozgrywki:
Krótki. Bez przestojów. Dynamicznie, zgrzytów nie doświadczyłem. Szybka, krótka gra, w sam raz na lekką partyjkę we dwoje.

Klimat:
Nawet ok. Sporo tu strzelania, różnych broni, dużo nawiązań do Westernowego tematu. Niby wyłożenie karty i odebranie żetonu naboju nie wydaje się specjalnie klimatyczne, a jednak udało mi się w Banga wczuć. Trochę pif-paf, ładne obrazki, małe smaczki w mechanice działania kart (choćby dynamit – przekazywanie sobie karty, aż ‚wybuchnie’). Tyle wystarczyło, by pod tym względem gra przypadła mi do gustu.

Regrywalność:
Średnia. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że za dużo sprowadza się tu do… hm, czegoś jakby: zagraj, użyj, zbij życie postaci. Owszem, są fajne karty, dzięki którym można dobrać z talii, dołożyć je jako ekwipunek, wyleczyć zdrowie bohaterom, ogólnie namieszać rywalowi czy pomóc sobie… ale są to bardzo proste czynności i przeplatane wieloma kartami bezpośredniego ataku czy obrony, giną w gąszczu, często nie miałem ich na ręce jednocześnie zbyt wielu, by móc ‚głębiej’ pokombinować z ich użyciem.

Aczkolwiek! Bardzo podobają mi się zdolności postaci oraz to, że jest ich całkiem sporo dla każdej ze stron. Wprowadzają przyjemną zmienność do gry, a łączeni w różne pary mogą się fajnie uzupełniać. Dodając do tego opcję manewrowania bohaterami – zmiana aktywnego i w odwodzie (w danej chwili aktywny jest jeden, gdy drugi czeka na swoją kolej) robi się jeszcze ciekawiej. Dlatego choć działanie kart mało mi się podoba, finalnie jest kilka rzeczy, które przypadły mi do gustu, a poprawiają także regrywalność.

Próg wejścia (przystępność):
Niski. Przydatne karty skrótów zasad są bardzo dobrze opisane, instrukcja również daje radę. Bang! Pojedynek oceniam jako prościutki do rozegrania oraz wytłumaczenia.

Interakcja:
Bardzo duża. Hej, to pojedynek ‚dobra ze złem’, ekipa szeryfa kontra bandyci, interakcja jest. I dobrze.

Losowość:
Często zwracam uwagę na ten element. W opisywanym tu Bangu losowości trochę jest przez co podczas rozgrywek regularnie cierpiałem na trudności w planowaniu z wyprzedzeniem. Postawiłem więc na rozwiązanie: działaj z tym co przyjdzie Ci akurat do ręki. Wykorzystać karty jak najlepiej i właściwie dość szybko, niejednokrotnie wszystkie od razu. Druga rzecz, że po utworzeniu wspólnego stosu dobierania bywało jeszcze bardziej chaotycznie…

Podsumowanie:

Słowem końca: Bang! Pojedynek spodobał mi się… ‚tak sobie’. Lubię mechanikę zamiany postaci, to znakomite rozwiązanie. Klawy element, który wespół z umiejętnościami bohaterów sprawdza się wybornie. To zdecydowanie coś, co podoba mi się w grze najbardziej. Później niestety jest trochę gorzej. Za mało emocji i za dużo losowości. Szkoda, bo myślę, że silniczek zarządzania postaciami mógłby udźwignąć znacznie bardziej rozbudowaną, ciut tylko cięższą grę.

Najbardziej lubię (mocna strona):
System operowania, zamiany postaci i ich zróżnicowane zdolności.

Najmniej lubię (słaba strona):
Mało emocjonująca rozgrywka. Często zagrywałem ‚jak leci’, karta po karcie, co mogłem (choć starając się wykorzystywać je jak najlepiej) zostawiając sobie na ręku nic, albo niewiele.

Dlaczego na TAK:
To miły przerywnik do którego mogę z umiarkowaną częstotliwością wracać, jednak nie porwał mnie na tyle, bym zagrywał się w niego z wielkim zapałem.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Bard. Dzięki!