W cieniu katedry… recenzja gry Ulm!

Więcej zdjęć? Dodatkowy wpis znajdziesz tu: Look inside! – Ulm!

Z autentyczną przyjemnością rozkładałem Ulm na stole. Na chwilę obecną nadal mam ochotę na następne rozgrywki, choć przyznam, że nie zawsze tak było. Pierwsza partia nie napełniła mnie optymizmem co z kolei zwiastowało raczej marną zabawę w najbliższej przyszłości. Jednak podejście zmieniłem szybko. Bardzo szybko.

Co zaciekawiło mnie w Ulm’ie? Dałem się skusić katedrze do samodzielnego złożenia, która podczas rozgrywki tkwić ma na planszy i służyć za miejsce dokładania znaczników rundy. Zastanawiałem się po co taki bajer jest w ogóle w grze potrzebny? Musiałem sprawdzić. Zagrałem.

Info:

Autor: Günter Burkhardt
Polski wydawca: Sharp Games
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: ~60 minut

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Celem gry są punkty zwycięstwa – kto zbierze ich najwięcej, wygrywa partię. Ulm składa się z różnych mechanizmów, ale jeden z nich wyróżnia się ‚bardziej’ przez co zasłużył na moją uwagę. Na myśli mam system akcji, który bazuje na żetonach różnego typu (pozwalających odpalić różne akcje). Na planszy wydzielono miejsce na specjalną szachownicę, gdzie się je układa. Wsunięcie nowego w rząd lub kolumnę spowoduje wypchnięcie ostatniego i określi akcje jakie gracz będzie mógł wykonać – trzy, bo nie liczy się tylko te, które pozostały w obrębie obszaru 3×3.

Typów żetonów jest pięć: pobranie monety, ruch łodzią na torze rzeki, zagranie lub możliwość zdobycia karty, zabranie żetonów akcji do swoich zasobów, dołożenie pieczęci i skorzystanie z akcji dzielnicy.

Z ważniejszych informacji napomknę jeszcze, że dobrze wiedzieć o przydatności kart – też zapewniają akcje.

Ponadto można grać w wariant z dodatkowymi ‚wydarzeniami’ wpływającymi na daną rundę, co trochę modyfikuje rozgrywkę – według instrukcji jest on zalecany dla graczy zaawansowanych.

Kombinowania nie brakuje, a opcji punktowania jest sporo.

Więcej → instrukcja.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Choć karty (nie ma ich właściwie zbyt dużo) uważam za mało wytrzymałe, to całość trzyma poziom i pod względem jakości jest całkiem w porządku. Znaczniki wyglądają na solidne, zrobione są z grubego materiału, plansza oraz pozostałe komponenty też dają radę. Nawet katedra prezentuje się nieźle i stabilnie, o co martwiłem się trochę na początku. Zdecydowanie mniej zaś podobają mi się oznaczenia, ikonki, symbole, czy jakkolwiek je nazywać, które nawet po kilku partiach nadal sprawdzałem w instrukcji. Czy aby na pewno dobrze pamiętam i rozumiem jak działają? Do gustu średnio przypadła mi także mało czytelna plansza.

Czas rozgrywki:
Przystępny. Lubię. Osiągałem czasy rzędu mniej więcej godziny, półtorej, nie doświadczając zbytnich przestojów. Całość śmiga nieźle. Wykorzystywanie akcji oraz funkcji dzielnic nie jest bardzo obciążające i nie spowalnia gry. Nawet mając kilka dodatkowych kart do rozpatrzenia na ręce czy żeton katedry do uwzględnienia w danej turze.

Klimat:
Cienko. Myślę, że sytuacji nie ratuje nawet opisy z zeszytu kroniki Ulm ani klawa katedra. Trudno było mi odnaleźć w grze klimat czy głębszy sens tego co robię. Za coś dostaję kasę, pływam po rzece i zbieram punkty, wystawiam karty, zdobywam wpływy… choć bardzo podobają mi się te (i nie tylko) elementy planszówki, to jednocześnie nie powodują u mnie myśli: łał, właśnie uczestniczyłem w historycznym wydarzeniu, dołożyłem ręki do czegoś naprawdę wielkiego. Pod względem klimatu jest sucho, ale już mechanicznie…

Regrywalność:
…jest super. Bardzo dobra regrywalność to olbrzymia zaleta tego tytułu. Duża zmienność wielu składowych gry zapewnia niezłe zróżnicowanie w kolejnych partiach. Przy okazji fajnie, że rozgrywka nie staje się przez to chaotycznie losowa. W tej kategorii stawiam Ulm olbrzymiego plusa. Bo dlaczego nie? Nie odczułem tu monotonii i nudy. Nie ziewałem podczas zabawy. Było przednio i myślę, że jeszcze długo będzie.

Próg wejścia (przystępność):
Nie za wysoki, nie za niski. Ewentualne trudności gładko rozjaśniają instrukcja oraz karta pomocy. Ulm zapewnia szeroką gamę decyzji do rozważenia przy równocześnie zgrabnie ułożonych zasadach. Planszówka do wyjątkowo zawiłych nie należy i można opanować ją dość szybko. Ważne, że możliwości jest tu sporo i pomóżdżyć też jest nad czym. Jeśli chodzi o reguły i poziom trudności sądzę, że to średniaczek.

Negatywna interakcja:
Nieznaczna. Chyba najbardziej czuć ją podczas operowania żetonami akcji, chociaż i to nie jest wybitnie złośliwe. Zajmowania miejsc w dzielnicach czy przeskakiwania na torze rzeki (dwa pionki nie mogą stać jednocześnie na tym samym polu) również bym tak nie określił. Swoją drogą nie uważam tego stanu rzeczy za zły. Spokojne rozgrywki w Ulm w pełni sobie cenię i nie przeszkadza mi brak sposobności mocnego dokuczania rywalom.

Losowość:
Umiarkowana. Bardzo podoba mi się losowy układ i dobór żetonów akcji. Świetne rozwiązanie. Trochę inaczej natomiast ma się sprawa z kartami – niektóre wydają się być mocniejsze od innych, już szczególnie w konkretnych sytuacjach. Bywa, że trafiałem akurat na coś bardzo przydatnego (np. karta pasująca do żetonu i zyskanie dzięki niemu potrzebnych w tej turze monet) lub zupełnie odwrotnie (np. karta gwarantująca dodatkowe punkty za dobrą pozycję na rzece, gdy akurat byłem ostatni). Ogólnie jednak losowość w Ulm’ie mi nie przeszkadza. Występuje w dawce odpowiedniej, którą mogę spokojnie ‚przełknąć’.

Skalowalność:
Ok. We dwie osoby jest chyba trochę za luźno, może zbyt swobodnie, ale to drobiazg. Nie odniosłem wrażenia, by grało się źle. Aczkolwiek już przy trzech osobach mechanizm rozkręcał się ciut lepiej i zaczynało być ‚ciaśniej’, gęściej, fajniej.

Na polach szachownicy działo się więcej, przeskakiwanie na rzece zdarzało się częściej, zresztą tak samo jak zajmowanie miejsc w dzielnicach czy wyścig po co użyteczniejszych potomków (znaczniki zapewniające zdolności).

Podsumowanie:

Podejrzewałem, że Ulm może być solidny, ale nie byłem pewien, czy nie okaże się przeciętny, a po kilku partiach – bez życia. Start nie poszedł nam najlepiej i tytuł nie przypadł mi do gustu. Kolejną szansę trzeba było jednak dać i krótko później coś zaskoczyło. Zagrałem znowu i znowu, by w końcu przekonać się, że to kawał wyśmienitej planszówki, a system akcji to ta część gry, która nadaje Ulm wyjątkowości. To głównie za sprawę tego małego trybika Ulm okazał się dla mnie niezwykle grywalny i interesujący. Całość wsparta kartami i żetonami katedry wpływającymi na poszczególne rundy zamyka się w ciekawy twór o umiarkowanym stopniu skomplikowania i trudności. W sam raz na rozgrywkę w coś nie za ciężkiego, nie za lekkiego. I właśnie dlatego chętnie do niego siadałem i mam nadzieję, jeszcze nie raz usiąść.

PS: Ahh… miałem jeszcze napisać o katedrze. Czy jest tu w ogóle potrzebna? Myślę, że niekoniecznie. Choć prezentuje się całkiem-całkiem.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Świetny mechanizm akcji.

Najmniej lubię (słaba strona):
Co najwyżej średni wygląd.

Dlaczego na TAK:
Bo to w porządku gra jest ;].

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Sharp Games. Dzięki!