Duże to, swoje waży… recenzja gry Uczta dla Odyna!

Kolejne duże pudł… wróć. Kolejne ogromne pudło z grą autorstwa Uwe Rosenberga trafiło na mój stół. Waga ciężka. Euro-kolos z zatrzęsieniem komponentów, osadzony w świecie wikingów i otoczony solidnym opakowaniem. Trzy zeszyty tekstu oraz mnóstwo pochłoniętego miejsca na blacie – oto Uczta dla Odyna. Do tego w polskiej wersji językowej – to już ukłon w stronę wydawnictwa Lacerta. Ze dwie godzinki czytania instrukcji, jakieś trzy z górką na pierwszą partię, dwóch kompanów i ja. Poszło zadziwiająco gładko, pozostawiając (pomimo zmęczonego umysłu) miłą, spokojną satysfakcję. Niedługo później zagrałem znowu.

Info:

Autor: Uwe Rosenberg
Polski wydawca: Lacerta
Liczba graczy: 1-4
Czas gry: ~60-120 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Uczta to złożony mechanizm, dzieło rozbudowane, obfite. Jej motorem napędowym są akcje odpalane przez położenie nań pionków. Na specjalnie przygotowanej w tym celu planszy wydzielono kolumny, które określają jak dużo pracowników trzeba będzie wysłać na dane pole. Tym sposobem część z nich wymaga jednej, część dwóch, trzech czy czterech figurek.

Dzięki akcjom można np. zbierać zasoby, przerabiać je na inne, polować, poławiać, podróżować i odkrywać nowe tereny, zdobywać oraz zagrywać karty usprawnień.

Kolejnym elementem gry są plansze osad, z których wyróżnić chcę strefę do układania dóbr. To część, na której znajduje się również linia dochodu oraz trochę pól specjalnych (w odpowiednim układzie zapewniają konkretne dobra). Cały bajer w tym, by tą część planszetki odpowiednio zakrywać zdobytymi w trakcie partii kafelkami – tym samym zwiększając nasz dochód oraz niwelując ujemne punkty.

W Uczcie dla Odyna niezwykle ważne jest zdobywanie, przerabianie i wykorzystywanie żetonów dóbr. Sposobów ku temu jest niemało, kwestia tylko jak zrobić to lepiej od pozostałych graczy lub siebie – gdy chcemy pobić swój poprzedni wynik.

Po więcej szczegółów zerknij do instrukcji :).

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Top klasa! Karton wypchany jest zawartością niemal po brzegi. Całość zawsze starannie układałem, by móc bez problemów zamknąć wieko. Wszystko wykonane jest dobrze, z zachowaniem wysokiej jakości materiałów. Plansze są ze sztywne i grube, nie zabrakło drewnianych znaczników oraz pionków, mnóstwa kart, świetnych, zamykanych przegródek na używane w grze żywność i przedmioty.

Co zaś tyczy się wyglądu – poprawny. Estetycznie, schludnie, a przy tym z zawrotną ilością oznaczeń – na szczęście, po krótkim zapoznaniu, dość zrozumiałych.

Czas rozgrywki:
Długi. W Uczcie dla Odyna po prostu jest co robić i nad czym pomyśleć. Trudno, żeby tak rozbudowana planszówka zamykała się w kilkunastu minutach i służyła za filer. Choć sama mechanika pozwala na dość płynną rozgrywkę, to jeśli na chwilę zawiesić się podczas główkowania nad ruchem, partia może się zauważalnie wydłużyć. Spodziewałem się takiego obrotu spraw, liczyłem na ~dwie godziny zabawy – ergo: na plus.

Klimat:
No cóż… To nie jest, niestety, przygodówka ociekająca klimatem. Próbowałem się go doszukać, ale nie było tego dużo. Fajne smaczki można oczywiście znaleźć, aczkolwiek to inny typ gry. Uczta dla Odyna zalicza się do porządnych eurosów, wyraźnie oddając temat, ale z brakami w sferze klimatu. Tak to wygląda z mojego punktu widzenia, i choć nie jestem zawiedziony, to przyznam, że fajnie byłoby móc wczuć się tak prawdziwie, pełną gębą, jednocześnie ciężko móżdżąc ‚bez prądu’.

Regrywalność:
Uczta ma do zaoferowania ‚od metra’ zabawy. Sporo dróg do zwycięstwa, klawa, nielicha mechanika, plansza wypchana akcjami, okazała talia kart… moc elementów wpływających pozytywnie na regrywalność. To ewidentna zaleta, którą widać właściwie już przed chwyceniem instrukcji w dłoń.

Próg wejścia (przystępność):
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem planszę akcji – zwątpiłem :). ‚Eee.. cóż począć, będę grał na czuja’. Multum możliwości to chyba ciut za dużo do przyswojenia ‚na raz’. Podczas startowej, trochę treningowej partii faktycznie starałem się działać instynktownie, choć zupełnie bez planu. Sytuacja uległa zmianie później, przy okazji kolejnych zmagań. Jednak mimo to, myślę że Uczta dla Odyna do najłatwiejszych nie należy. O ile mechanika bardzo skomplikowana nie jest, to opanowane całej gry może być trudne.

Aha – samo opisywanie reguł i gry zwykle zabierało mi masę czasu…

Negatywna interakcja:
Bezkonfliktowo. Minimalny poziom interakcji, który skupia się głównie wokół blokowania pól akcji – kto pierwszy ten lepszy. Jednakże gra wygląda na doskonale zbalansowaną, zatem jeśli ktoś zajmie istotne dla mnie miejsce na planszy, ciągle pozostaje bogaty wachlarz otwartych wyborów, które wyglądają równie opłacalnie lub tylko nieznacznie słabiej.

Losowość:
Malutka. Ta, która jest, została uzupełniona o zasady regulujące jej negatywne skutki. Powiem nawet więcej, kara za podjęcie ryzyka nie wydaje się być odpowiednio duża, wystarczająco odczuwalna. Perspektywa przerzucania kostek podczas elementów takich jak polowanie czy połów wprowadza pewien komfort, spokój, a dodatkowa rekompensata za porażkę znacznie zmniejsza obawy przed nieudanym turlaniem.

Kwestia losowości w dobieraniu kart to mały szkopuł, na który nie zwracałem uwagi. Czasami podeszły mi bardziej przydatne, czasami mniej – ogólnie jest ok.

Podsumowanie:

I jak tu się określić… Lubię Ucztę czy nie? Z jednej strony doceniam znakomite wykonanie oraz przemyślane i wykorzystane w grze rozwiązania – czy to znany mi z Patchwork’a system układania płytek, zakrywania powierzchni w osadzie (ale nie tylko tam. Dopasowywanie jest super!) czy sprawnie funkcjonujący worker placement (połóż pionka, by zrobić akcję). Zaś z drugiej strony doświadczam tu dziwnego uczucia zagubienia, niepewności. Bywało, że plątałem się w działaniach, i to nie dlatego, że nie umiałem czegoś zrobić, ale dlatego, że zawieszałem się przy decyzjach – które akcje i w jakiej kolejności podjąć. Ten aspekt znów podzielę na dwie części. Niepewność mogę wziąć za oznakę potencjału gry: jeszcze wiele pracy przede mną, wiele nauki, poznawania tytułu i zależności. Albo za kiepski zwiastun – jest za dużo dobrych akcji, a różnice przy zmianie koncepcji są za małe, bym łatwo i w porę wyłapał swoje błędy przy ‚śrubowaniu’ wyniku.

Skłaniam się ku temu, by Ucztę dla Odyna uznać za grę… hm… w pewnym sensie nazbyt ‚dostrojoną’, nazbyt rozbudowaną, gdzie korygowanie ruchów przy kolejnych partiach ciut mnie przerasta i ostatecznie niezbyt przyciąga.

Nie znaczy to, że nie zechcę już do niej usiąść. Przeciwnie. Zapewnie nie będę miał nic przeciwko, by spróbować znowu. Pytanie tylko jak często przyjdzie mi to robić? Sporadycznie – chętnie. Regularnie – nie sądzę.

Żeby nie było tak gorzko, dodam – to nie jest słaba planszówka. To porządnie wydane euro, zacnych rozmiarów, o dość przystępnych regułach i z fajnym tematem. Kompletnie nie zdziwi mnie, jeśli znajdzie bardzo, bardzo szerokie grono zadowolonych odbiorców. Mnie po prostu AŻ tak nie zachwyciła.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Wcale nie taką trudną mechanikę. Obawiałem się zawiłych reguł – niepotrzebnie.

Najmniej lubię (słaba strona):
Nie czuję się tutaj pewien tego co robię – nie potrafię celnie oszacować co rzeczywiście będzie dla mnie najbardziej korzystne do zrobienia, gdyż wszystko wydaje mi się przydatne.

Dlaczego NIE dla mnie (częściowo):
Nie dla mnie, bo ciężko będzie mi znaleźć stałą ekipę do gry. Co więcej, nie jestem wielkim zwolennikiem optymalizowania – nie przepadam za ‚podkręcaniem’ swoich wyników w planszówkach tego rodzaju. Zagrać pewnie zagram, bo spokojna i momentami wciągająca rozgrywka jest spoko, tyle, że pewnie niezbyt często.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Lacerta. Dzięki!