Szoł w tropikach… recenzja Hunger The Show!

Spokojną taflę błyszczącego w słońcu piasku zakłócił marsz nieproszonych gości. Ciężkie buty wzburzyły złocistą plażę, kiedy ich właściciele z impetem wtargnęli na miejsce. Teren zasiedlony jedynie przez miejscowe robaczki i parę wiekowych już krabów wkrótce zapełnił się ludźmi.

Coś zagdakało radośnie.

Godzinę później, gdy na brzeg przetransportowany został cały ładunek, gorąca piaskownica niczym nie przypominała pięknego niegdyś zakątka natury. Kraby obserwowały uważnie.

Grupa opalonych jegomościów ubranych w kuse spodenki, grube frotowe skarpety i jakże kontrastowe do nich, ciemne sandały, krzątała się pomiędzy pakunkami. Zrywali wieczka skrzyń i rozrzucali wszystko gdzie popadnie.

Znów coś zagdakało. Dwukrotnie.

Kolejne minuty później do ekipy dołączył ubrany w szeroki szal mężczyzna. Dziwnie wymachiwał dłonią, raz po raz układając palce w coś na wzór kwadratu. Rozglądał się i mierzył utworzoną w ten sposób ramką, z różnych kątów, pomrukując przy tym – to ze zdziwieniem, to z wyraźnym zaciekawieniem. ‚Z choinki się urwał czy co?’ powiedział krab, jednak nikt go nie usłyszał.

Zgrzana kobieta, ciągle jeszcze podrygując w rytm niesłyszalnej muzyki, podbiegła do reżysera. Po chwili stało się jasne, że nie ćwiczy nowej choreografii, a wysypuje piasek z lekko tylko za dużych szpilek. Krab kiwnął szczypcami z dezaprobatą. Czerwone szpilki lepiej pasowałyby do jej sukienki. A znał się na rzeczy.

Kobieta dopiero po chwili złapała oddech i zaczęła gwałtownie gestykulować. Pokazała zegarek na swoim nadgarstku, by po sekundzie oddalić się w towarzystwie reżysera. W pośpiechu zmierzali w stronę chyboczącej się przy nabrzeżu łodzi. Krab łypał na nich do samego końca. Po drugiej stronie laguny truchtał kurczak…

Zaraz, zaraz. Kurczak?

Wątłe łapki zapadały się w rozpalonym do czerwoności piasku utrudniając zwierzęciu bieg. Rozdygotana głowa okręcała się to w prawo, to w lewo. Małe oczka starały się znaleźć jakiś znajomy fragment otoczenia, jednak nic nie przypominało tutaj domowego kurnika. Kurczak gnał przez siebie ile sił w pazurach. Na dodatek zupełnie bez celu. Gdakanie reszty kompanii z każdą chwilą zyskiwało na sile. Armia drobiu nie przystawała ani na moment.

Gdy wieczorem na wyspę zawitała drużyna wybrańców, ekipa telewizyjna była w pełnej gotowości. Wszyscy znajdowali się na pozycjach i czekali na znak. Dziś ruszał PROJEKT. To będzie epickie szoł.

Krab, w ślad za swoją małżonką, wypełzł z kryjówki. Chłód powietrza przyjemnie ogarniał jego pancerz. ‚Ech… i znów to samo. Kilka dni rozgardiaszu i wszystko wróci do normy. Dziwacy’.

W tle dało się słyszeć: ‚…powitajmy ich, oto uczestnicy…’

Zapraszam na recenzję Hunger The Show.

Info:

Autor: Pim Thunborg
Polski wydawca: Phalanx
Liczba graczy: 2-6
Czas gry: ~15-20 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Gracze wcielają się w członków telewizyjnego show, którzy rywalizować będą o zwycięstwo na tropikalnej wyspie. Ważną częścią zabawy jest zbieranie pożywienia potrzebnego na koniec każdego dnia – bez posiłku przed snem się nie obejdzie. Partia kończy się po pewnej liczbie rund (zależnie od tego, kiedy dociągnięta będzie karta końca show) lub gdy ‚na placu boju’ pozostanie tylko jeden uczestnik (a reszcie skończy się jedzenie…).

Na początku rundy gracze będą wybierać dwie karty: miejsca i akcji, co określi gdzie i jaką czynność chcą podjąć. Następnie wszyscy jednocześnie ujawniają swoje wybory i zaczyna się rozpatrywanie.

Wybranie miejsca umożliwi uczestnikom zdobycie żetonu/ów zasobów. Sposobów na to jest kilka: można je po prostu pobrać, można wcielić się w złodzieja i zwędzić, można także, będąc strażnikiem, obronić graczy przed kradzieżą. Cały bajer polega na tym, że ‚siła’ akcji zależy od ilości osób, które wybiorą dane miejsce w rundzie.

Rozgrywkę dodatkowo urozmaicają karty wydarzeń oraz ewentualne zdolności poszczególnych bohaterów.

Szczegóły, pełne zasady – w instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Całkiem nieźle. To co od razu zwróciło moją uwagę to kapitalne ilustracje zarówno na pudełku jak i wewnątrz niego czy na kartach. Świetna kreska otacza całą planszówkę – przyłożono do tej kwestii dużą wagę. Jakościowo też jest ok – komponenty wydają się być solidne i wytrzymałe, nie powinny zużyć się zbyt szybko.

Ciekawie wygląda plansza… a właściwie jej brak :). Rolę tą przejęło wypełnienie pudełka, które przedstawia wyspę podzieloną na obszary z wyznaczonymi miejscami na żetony. To w pewnym sensie praktyczne rozwiązanie, możliwe, że także obniżające cenę Hunger. Moim zdaniem – dobra decyzja.

Czas rozgrywki:
Krótki. To dobrze, bo jak na planszówkę o charakterze imprezowo-familijnym tak być powinno. Jest sprawnie, szybko, dynamicznie. A przynajmniej zazwyczaj, bo bywało, że musiałem sięgać do instrukcji celem rozwiania drobnych wątpliwości.

Klimat:
Hunger to lekka i krótka gra, więc klimat stawiam w jej przypadku na drugim planie, ale skoro akapit tego wymaga, piszę: właściwie brak. Wygląd i pogadanki podczas partii trochę ratują sytuację, ale to i tak ciut mało. W praktyce zabawa polega na domysłach i próbie przewidzenia działań rywali, ewentualnie szacowaniu ryzyka… ale do przeżywania przygody na tropikalnej wyspie raczej jest tu daleko.

Regrywalność:
Z racji tego, że Hunger niestety nie przypadło mi do gustu (więcej w dalszej części tekstu) nie jestem pewien czy dobrze odnoszę się do aspektu regrywalności. Aczkolwiek krótki czas pojedynczej partii i prosta mechanika mają szansę generować jej niezłą dawkę – oczywiście dla osób, którym tytuł ten się spodoba.

Próg wejścia (przystępność):
Hm… umiarkowany. Choć założenia oraz ogólna mechanika gry są zwięzłe i dość proste to jest jednak w Hunger coś, co stanowi dla mnie spore utrudnienie. Zdarzyło się niejednokrotnie, że po odkryciu kart akcji i miejsc musiałem upewniać się wertując reguły, jak rozpatrzyć niektóre spotkania. W skrócie chodzi o to, że zależności pomiędzy rolami – np. strażnik chroni przed złodziejem, złodziej okrada innych graczy, jeśli jest dwóch złodziei to… jeśli dwóch strażników to… jeśli złodziej, strażnik, złodziej… kombinacji jest sporo, a ja jakoś niezbyt potrafię to na szybko ogarnąć. Szkoda.

Negatywna interakcja:
Nie brakuje, jeżeli gracze będą używać odpowiednich akcji. Rywalizacja o żetony jest duża, szczególnie o te zapewniające jedzenie (tak ważne jeśli chcemy przetrwać do końca zmagań). Częste wybieranie karty złodzieja może znacznie zwiększyć intensywność złośliwych zagrań, a trafianie w to samo miejsce i po te same zasoby również wpłynie w pewnym stopniu na interakcję między uczestnikami Show.

Nieprzewidywalność i losowość:
Oj… Sądzę, że pojawia się w zbyt wielu miejscach, wywołując uczucie braku kontroli nad grą. Domyślanie się gdzie i kim pójdą moi rywale oraz jaki właściwie mają plan na przetrwanie sprawiało mi niemałe trudności. Trudno też opierać się na tym, co przyniesie dany żeton – czy będzie to pokarm o wartości jeden, dwa, trzy, a może cztery? Na jakiej podstawie zakładać, że ktoś uda się do lasu po kurczaki, jeśli kurczaki są także w innych miejscach wyspy? Co więcej – owoce też zapewniają pożywienie i można się na nie zdecydować, zamiast kurczaków. Lepiej kraść czy bronić? Próbować ‚tylko przetrwać’ czy przetrwać i zbierać elementy tratwy, które punktują na koniec gry? W związku z tym, że można udać się po dowolny żeton w dowolne miejsce wyspy, wykombinowanie gdzie tym razem pójdzie dana osoba jest po prostu bardzo trudne… A przecież teoretycznie najlepiej dobrać się do akcji w pojedynkę – wtedy będziemy mieli z niej największe profity. Taka nieprzewidywalność powoduje, że Hunger nie przekonuje mnie do siebie, nie przyciąga do kolejnych rozgrywek… Ostatecznie odniosłem wrażenie, że to, kogo i gdzie spotkamy w sporej części jest dziełem przypadku.

Podsumowanie:

Bardzo chciałem się przekonać się do Hunger. Spróbowałem gier w różnych składach osobowych, długo zastanawiając się przed i po partii nad wrażeniami. Rozmawiałem ze współgraczami, zerknąłem nawet do innych recenzji. I pomimo tych starań ostatecznie między nami nie ‚zaskoczyło’. Nie przemawia do mnie system wybierania oraz wykonywania akcji. Nie przyciąga mnie gra jako całość – nawet jeśli jej szatę graficzna jest wysokiej klasy. Doceniam wygląd, to, że jest prosta, że nie zajmuje dużo miejsca. Plus należy się również za fajną instrukcję, bo napisana z humorem i przyjemnie się ją czyta. Jednakże doświadczenia jakie wyniosłem z rozgrywek nie dały mi dość frajdy, nie wzbudziły oczekiwanych emocji. To zwyczajnie tytuł, który nie jest dla mnie.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Oprawa graficzna.

Najmniej lubię (słaba strona):
Dedukowanie ruchów rywali i wybieranie na tej podstawie dobrej akcji do zagrania.

Dlaczego NIE dla mnie:
Za dużo nieprzewidywalnych sytuacji, brak tego ‚czegoś’, które wciągnie mnie na dłużej.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Phalanx. Dzięki!