Dużo licytacji w małym pudełku… recenzja gry Magazyn 51!

Magazyn 51 to mała licytacyjna karcianka przeznaczona dla trzech do pięciu graczy, w trakcie której będziemy uczestniczyć w dość specyficznej aukcji sekretnych skarbów zgromadzonych w tytułowym Magazynie. Siedmiomilowe buty, święty graal, brzoskwinie nieśmiertelności… czego tam nie ma :). Tematyka brzmi intrygująco, toteż z chęcią podjąłem rękawicę i zmierzyłem się z grą. Zebrałem współgraczy, przeczytałem instrukcję i usiedliśmy do zabawy. Efektem tej i kolejnych rozgrywek jest oczywiście niniejsza recenzja. Udanej lektury.

Info:

Autor: Bruno Faidutti, Sérgio Halaban, André Zatz
Polski wydawca: Games Factory (Games Factory Publishing)
Liczba graczy: 3-5
Czas gry: ~30-60 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Magazyn 51 to sporo licytacji i kolekcjonowania kart. W trakcie partii graczom przyjdzie zarządzać zasobami w postaci żetonów sztab złota, za które będą mogli kupować relikty – te zaś na koniec gry zapewnią im (lub nie…) punkty zwycięstwa.

Na początku rozgrywki przygotowujemy odpowiednie stosy reliktów, a także dobieramy określoną ilość kart podróbek i rozkładamy wedle instrukcji pomiędzy uczestnikami. Gracze podglądają podróbki leżące obok nich, nie zdradzając pozostałym czego się dowiedzieli. Dzięki temu poznają, choć tylko częściowo, które z reliktów na potrzeby partii będą falsyfikatami.

Każdy z grających otrzymuje po dziesięć sztab złota. Po wylicytowaniu reliktu będą je przekazywać innemu graczowi – w ten sposób tracąc je i jednocześnie wzbogacając rywala. Złoto krąży między graczami w zależności od tego jak będą licytować. Czasami nieco szybciej, innym razem wolniej.

Co ważne, licytacje dzielą się na jawne i niejawne. Bywa, że po kolei możemy podbijać cenę danego reliktu, aż do chwili gdy pozostanie tylko jeden kupiec (lub nikt nie będzie chciał walczyć o kartę). Bywa również, że w ciemno, w zaciśniętej pięści, wystawiamy jednocześnie ofertę za aktualny przedmiot.

Kolejna ważna kwestia to efekty reliktów oraz ich wartość. Trafiają się efekty natychmiastowe, zdarzają również stałe, działające na koniec gry lub przy punktowaniu. Są i karty bez żadnej ‚mocy specjalnej’.

Przy punktowaniu istotna jest wartość reliktów. Te podzielone są na cztery talie (do rozróżnienia po kolorach i symbolach) i rozlicza się je oddzielnie. Gracz, który zajął pierwsze i gracz, który zajął drugie miejsce (sumuje się wartości zgromadzonych kart) otrzymują określoną liczbę punktów za dany rodzaj reliktów. Co więcej – zapunktować można również za zebranie zestawów. Jeden zestaw to cztery różne rodzaje reliktów (każdy z innej kategorii).

Więcej konkretów → instrukcja.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Śliczne ilustracje i dobra jakość kart oraz żetonów. Dodatkowo kompaktowe pudełko oraz czytelne, przejrzyste plansze pomocy. Całość bardzo fajnie wygląda – podoba mi się. Mam mały zarzut względem średnio zrobionego insertu. Wnętrze opakowania choć skrywa przegródki na komponenty to jednak zbyt często robił mi się tam mocny bałagan. Drobne potrząśnięcia i całość skutecznie zmieniała swoje położenie.

Czas rozgrywki:
Niezły. Magazyn 51 to szybka gra. Dynamizmu jej nie brakuje, poszczególne tury płyną gładko, a ja nie potrafię przypomnieć sobie jakichkolwiek spowolnień. A to przecież dobrze.

Klimat:
No nie wiem, chyba nie znalazłem go wcale. Licytujemy artefakty, uważamy na falsyfikaty, staramy się domyślić co jest warte naszego złota, a co nie. Kolekcjonujemy zestawy, próbujemy zebrać jak najwięcej punktów w kategoriach i… wszystko to w jakimś stopniu pasuje do wstępu, który wyjaśnia całą sytuację, ale w mojej ocenie to trochę za mało.

Regrywalność:
Całkiem spora, choć nie do przesady. Z jednej strony są wspomniane podróbki (aczkolwiek jest możliwość ‚naprawienia’ artefaktu dodając mu certyfikat autentyczności), które losowo wybierane do każdej partii wpływają trochę na jej zmienność. Mamy też losowy układ poszczególnych talii, a także wsparcie ze strony samych przedmiotów – różne efekty kart. To wszystko pracuje na regrywalność… która jest ok, ale ostatecznie to po prostu dużo licytacji ze szczyptą blefu i dedukcji.

Próg wejścia (przystępność):
Niski. Zasady są łatwe, instrukcja nie jest zła, a całości można nauczyć się w mgnieniu oka.

Negatywna interakcja:
Wszystko opiera się na licytacji. Przebijanie, blefowanie (często powiązane ze znajomością podróbek), cała otoczka związana z tą mechaniką generują interakcję na wysokim poziomie. I nie ma się co dziwić – sztaby złota, drogocenne relikty, kilku zagorzałych ‚kolekcjonerów’…

Losowość:
Dobrze wpływa na rozgrywkę. Nie przeszkadza, bo karty odkrywa się z wydzielonych talii, wiadomo co jest licytowane, natomiast losowe rozłożenie podróbek nie jest problemem – to jedynie kwestia wyznaczenia fałszywek.

Podsumowanie:

Fajnie, że tłumaczenie Magazynu nie zajmuje mi dużo czasu. Że rzadko trafiają się pytania typu: czy mogę zrobić to, a czy mogę tamto? Po prostu w ekspresowym tempie robię setup i zaczynamy. Gra śmiga sprawnie, a w jej trakcie zwykle znajdujemy chwilę na swobodne pogadanki – co dzieje się nie bez przyczyny, to w końcu licytacja z szansą na podpuszczenie rywali.

Jednak… Magazyn 51 to wciąż w przeważającej części tylko prosta licytacja.

System krążenia zasobów, czyli przekazywanie złota za ‚wygraną’ kartę do sąsiada jest całkiem ciekawy, tylko warto wziąć pod uwagę, że jeśli będziemy zbyt rozrzutni (bo bardzo chcemy danego reliktu lub bardzo nie chcemy, by ktoś inny go kupił) może prędko okazać się, że w najbliższym czasie nie będziemy mieli za co licytować. Problem narasta, gdy sąsiad, który po wygranej miałby uzupełnić nasz ‚portfel’, nie jest skory do podbijania. W efekcie jesteśmy zdani na niego albo zmuszeni do wzięcia pożyczki.

I jeszcze sprawa podróbek. Niezła rzecz, aczkolwiek potrafi wiele zmienić podczas końcowego punktowania. Jeśli zdobędziemy ich zbyt wiele (nie zawsze da się przewidzieć lub sprawdzić co jest fałszywką – bywa, że to bardzo trudne zadanie) możemy stracić sporo punktów, ot tak, bo trafiliśmy bezwartościowy przedmiot.

Niemniej jednak wykonanie gry jest niezłe – szczególnie ilustracje. Pudełko jest kompaktowych rozmiarów, a pod względem samej rozgrywki sprawdziło się u mnie w gronach różnych graczy. To niewątpliwe plusy tego tytułu.

Ostatecznie nie mogę powiedzieć, by Magazyn 51 mnie zachwycił. Nie mogę też powiedzieć, że go nie lubię. To dla mnie lekki, średni tytuł, w który, jeśli nadarzy się ku temu odpowiednia okazja – zapewne zagram. Przy czym nie podoba mi się, aż tak bardzo, bym zasiadał do niego z wyjątkową regularnością.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Proste zasady i brak przestojów w trakcie partii.

Najmniej lubię (słaba strona):
Trudno odgadnąć co może być fałszywką jeśli gracze nie dadzą tego po sobie znać.

Dlaczego na TAK:
Mogę pograć, ale z umiarkowaną częstotliwością. Nie chwyciła mnie mocno za serce, ale jako prosta gra licytacyjna znajdzie swoje zastosowanie od czasu do czasu.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Games Factory. Dzięki!