Karty, karty, więcej kart… recenzja Millennium Blades!

Gra karciana o graniu w grę karcianą…? A jednak. Mowa o Millennium Blades, kolosie, którego zawartość stanowi potężna ilość kart. Potężna, bo jest tego ponad sześćset sztuk, ale to oczywiście nie wszystko. Spore pudło to także dużo wolnego miejsca, zapewne na dodatki, i o ile zwykle nie jestem fanem takiego rozwiązania, o tyle w przypadku MB szybko zmieniłem zdanie. To tak fajny system i tak wspaniałe dzieło, że perspektywa dodatków zupełnie mnie nie dziwi, ba aż nakręca do dalszego odkrywania tytułu…

Info:

Autor: D. Brad Talton, Jr.
Liczba graczy: 2-5
Czas gry: ~80-120 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

W Millennium Blades można wyróżnić dwie duże fazy gry. Pierwsza z nich to część, w której celem jest złożenie talii potrzebnej, a jakże, w części drugiej, czyli na tzw. turniejach. Ten cykl powtarza się kilkukrotnie w trakcie pojedynczej partii, by po ostatnich zawodach gracze mogli zsumować punkty zwycięstwa (lub, w wariancie dwuosobowym, sprawdzić kto wygrał dwa z trzech turniejów) i wyłonić triumfatora rozgrywki.

Faza deckbuildingu jest na czas. Dwa razy po siedem i raz sześć minut, w międzyczasie przeplatane krótkimi przerwami między innymi na dobranie dodatkowych kart. Jest to ta część w gry, w której przygotowujemy się do pojedynku na turnieju, a także możemy tworzyć kolekcję (do wymiany za punkty). Skompletowana przez nas talia (jest tu miejsce nie tylko na zwykłe karty, ale również na te reprezentujące ‚pudełko’, czyli deckbox oraz ewentualne dodatkowe akcesoria, choćby koszulki (pomagają bronić się przed efektem obracania – flipowania).

Turniej to już inna sprawa. Gracze obracają swoje plansze i przygotowują się do zmagań). Będą zagrywać karty na zmianę i rozpatrywać różne efekty. Mogą używać akcji, w tym także atakować przeciwników. Turniej wygrywa gracz z największą liczbą zebranych na nim punktów, za co również otrzymuje punkty – im późniejsze zawody, tym więcej. Inni uczestnicy też zgarniają PZty, oczywiście w mniejszej ilości.

Następnie cykl się powtarza – ponownie rozgrywana jest faza deckbuildingu.

Kto zgromadzi najwięcej punktów zwycięstwa wygrywa partię.

Więcej szczegółów znajduje się w instrukcji, tam też odsyłam osoby chętne zgłębić temat :).

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Przede wszystkim jakość wykonania – jeśli chodzi o karty to wydają się być solidne, więc nie powinny szybko ucierpieć na skutek tasowania i miętolenia. Jednak z drugiej strony takie choćby plansze do gry, te indywidualne oraz wspólne, są z cienkiego, giętkiego materiału co już znacznie mniej mi się podoba. Mieszane uczucia mam względem ilustracji i opisów na kartach. Owszem, obrazki są bardzo ładne, a przy tym często dowcipne, nawiązujące do innych gier czy filmów. Niestety są również mało czytelne, szczególnie w przypadku rewersów. Po rozłożeniu większej ich ilości na stole można się łatwo pogubić. Tekstu na nich często też nie brakuje (awers), tak samo jak wielu istotnych symboli (właściwie po obu stronach). Momentami ciężko wyłapać co jest czym – szczególnie w początkowych rozgrywkach, gdy dopiero poznajemy karciankę.

Czas rozgrywki:
To, że spora część partii jest na czas, nie oznacza wcale, że Millennium Blades będzie krótkie. Wręcz przeciwnie, myślę, że nie ma co liczyć na skrócenie pojedynczej rozgrywki do mniej niż półtorej godziny. Dodając do tego przygotowanie i złożenie (tasowanie kart wraz z późniejszym rozkładaniem ich na zestawy zajmuje sporo czasu…) otrzymujemy wynik rzędu 120+. Tak, nie jest to mało, ale nie – nie powiem też, że za dużo.

Klimat:
Specyficzny. To faktycznie jest gra o ‚graniu’ w kolekcjonerską karciankę. System budowania talii daje ogromne pole do popisu i eksperymentów z deckiem. Mamy świetnie zaprojektowaną część turniejową, gigantyczne zapasy kart… (i dodatków, jak ktoś takowych będzie potrzebował) Całość to wspaniale zmontowany mechanizm, który oddaje klimat ‚sceny’. Wymienianie kart z rywalami? Tak. Kupowanie ‚boosterów’? Tak. Sprzedawanie kart? Tak. Budowanie decku? Promoski? Aktualna meta? Turnieje z nagrodami? Tak, tak, tak, tak. Klimacik? TAK.

Regrywalność:
Gigantyczna. Koniec kropka. Grałem wiele razy, a nie znam jeszcze nawet wszystkich kart zawartych w pudełku. Nie mówiąc już o ich używaniu i łączyć w talie… Millennium Blades to zatrzęsienie decyzji do podjęcia, otchłań kombinacji. A są przecież jeszcze elementy takie jak zróżnicowane postaci w jakie można się wcielić, czy alternatywne warianty rozgrywki…

Próg wejścia (przystępność):
Niestety – bardzo duży. Myślę, że aby porządnie poznać Millennium Blades potrzeba minimum kilku partii na samo obycie się z budowaniem talii i poprawnym używaniem jej na turniejach. A to nie koniec. Pozostaje jeszcze fura kart, które warto choć pobieżnie przejrzeć. Orientacja w tym zakresie jest bardzo przydatna – właściwie w każdej fazie gry. I to nadal nie koniec. Później jest jeszcze kwestia doświadczenia oraz ogrania. Słowem: pomimo niekoniecznie trudnych reguł, próg wejścia jest spory, bo bycie w MB dobrym, mówię to na swoim przykładzie, wymaga zaangażowania i czasu.

Negatywna interakcja:
W trakcie turniejów bywa mocna, choć zależy od złożonych przez graczy decków, czyli w pewnym sensie ich stylu gry. Może być różnie, choć często jest jej sporo. Takiej mniej złośliwej lub zupełnie luźnej interakcji nie brakuje – można wymieniać się kartami czy też sprzedawać je na rynku. Ktoś inny może je potem kupić. Można także nabyć w ciemno boostery (czasami da się je podejrzeć) zanim zrobią to nasi rywale. W związku z tym mamy szansę zwędzić im coś fajnego, przydatnego w kolekcji lub decku.

Losowość:
Dzięki płynnym i dynamicznym fazom budowania talii losowość nie w Millennium Blades uciążliwa. Możliwość handlowania, kupowania czy otrzymywania kart powodują, że mamy dostęp do tak bogatych zasobów, iż w efekcie możemy poczuć się przytłoczeni ilością, często zapominając o losowości. Owszem, ta wciąż pozostaje znacząca, czy to w przypadku rzadkich stosów promosów (rym, rym rym…) czy podczas ogólnego dobierania zwykłych boosterów. Jednak biorąc pod uwagę temat gry, ma to pewien sens, a co ważne, jednocześnie nie wydaje mi się wyjątkowo frustrujące.

W fazie turniejowej losowe sytuacje również się zdarzają, ale i wtedy nie miałem z nimi problemu.

Skalowalność:
Wariant na dwóch różni się nieco od tego na więcej osób (partię wygrywa gracz, który pierwsza zwycięży na 2 z 3 turniejów) i choć nie jest zły, to wolę jednak te w szerszym gronie. Turnieje są wtedy ciekawsze, zbieranie kart w kolekcjach daje punkty zwycięstwa (w Duelu dodaje punkty do najbliższego turnieju), a zbieranie gotówki ma sens, bo może nam to przynieść jakieś PZ na koniec rozgrywki, itd. itd..

Podsumowanie:

To był strzał w dziesiątkę. Millennium Blades od pierwszej partii powaliło mnie na kolana. Od razu wiedziałem, że mam w rękach perełkę. Co ja mówię, prawdziwą, dorodną, dojrzałą perłę. Z początku trochę bałem się o zasady, że będzie ich za dużo, że mechanicznie gra okaże się przekombinowanym wielkoludem i zasypie mnie kartami, których działania nie będę umiał ogarnąć. Cóż… z początku tak było. Partia po partii nabywałem wprawy, poznawałem kolejne karty, doszukiwałem się nowych zależności, bawiłem się deckbuildingiem, próbując wynaleźć jakieś fajne, różne od siebie zestawy. Dziś trochę lepiej umiem w Millennium, ale do eksperta jeszcze mi daleko. I choć może zabrzmieć to niezbyt pozytywnie, to jest to mocna zaleta tej gry. Kolosalne możliwości i wolność jaką tytuł ten daje to olbrzymie plusy, nawet biorąc pod uwagę koszt jakim jest czas, który trzeba na poznanie MB poświęcić. Nie jest to czas stracony, bo radocha jaka płynie z konstruowania decku i ‚odpalania’ go na turnieju jest niesłychanie wręcz WIELKA!

Najbardziej lubię (mocna strona):
Regrywalność. Karty. Regrywalność. Deckbuilding. Regrywalność. itd.

Najmniej lubię (słaba strona):
Długie przygotowanie i złożenie. Wysoki próg wejścia.

Dlaczego na TAK:
Satysfakcja, fest regrywalność, mnóstwo emocjonującej i wciągającej zabawy.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Level 99 Games. THANKS!