Kosmos kartami pisany… Artefakty Obcych!

Kosmiczna eskapada między gwiezdną, nieprzemierzoną otchłań brzmi bardzo zachęcająco. Obecność bytujących w odległej przestrzeni planet wespół z potężną technologią i okrętami wielkiej mocy podkręca temperaturę, napawa ciekawością. Zatem karty w dłoń i do roboty – zagrałem w Artefakty Obcych.

Info:

Autor: Marcin Ropka, Viola Kijowska
Polski wydawca: Portal Games
Liczba graczy: 2-5
Czas gry: ~60 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Znaczną część rozgrywki pochłania rozwijanie swojego Imperium i gromadzenie punktów zwycięstwa.

Plansza frakcji, których do wyboru jest kilka, dzieli się na trzy rzędy po jednej stronie (Stadium Budowy), a także trzy po drugiej (Imperium). Przenoszenie kart z lewej na prawą skutkuje ich wybudowaniem, odkryciem lub rozwinięciem, w zależności od tego jaką kartę przenosimy. W większości przypadków, gdy karta trafia do części nazywanej Imperium gracz może wybrać, czy chce umieścić ją tam stroną operacyjną czy logistyczną ku górze. Ten wybór określi jak dana karta będzie działać. Co ważne strona operacyjna pozwala na (i wkrada się tu element losowości) atakowanie (w przypadku statków), punktowanie (w przypadku technologii), produkowanie zasobów (w przypadku planet). Różnice między obiema stronami tych kart są znaczne, a wybór często bardzo istotny.

Gracze mogą kupować kolejne karty i dołączać je do swojej planszy frakcji. Mogą atakować rywali blokując w ten sposób ich karty. Ich celem mogą paść Systemy Obcych, z których da się wyciągnąć artefakty – silne karty o fajnych zdolnościach.

Mogą łączyć karty w ‚silniczki’ i punktować na różne sposoby.

A wygrywa gracz, który zgromadzi najwięcej punktów zwycięstwa.

Po więcej → instrukcja :).

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Znakomite. Tak symbole, opisy jak i ilustracje (choć te ostatnie wydają się dość skromne, w pewnym sensie zbyt mało ‚zróżnicowane’) są czytelne, estetyczne, myślę, że mogą się podobać. Samo zaś wykonanie stoi na wysokim poziomie. Poszczególne komponenty są miłe w dotyku i raczej trwałe – zaprocentowało to szczególnie w przypadku kart, których ubieranie w koszulki uznałem za zbędne. Podoba mi się faktura plansz frakcji i ich wytrzymałość na zagięcia. Czarny insert porządkujący zawartość również oceniam na plus.

Czas rozgrywki:
Przyzwoity. Artefakty to dynamiczna karcianka, więc nie doświadczyłem w niej dużych przestojów. Owszem, nieznaczne spowolnienia pojawiły się przy partiach na więcej niż dwie osoby, ale to drobiazg. Na dwójkę było już sprawnie, szybko. Co prawda spodziewałem się trochę bardziej skomplikowanej, zmuszającej do przyhamowania i głębszych przemyśleń rozgrywki, ale nie – gra okazała się sporo lżejsza. Co ciekawe, właściwie wcale nie mam jej tego za złe.

Klimat:
Średni. Niezły efekt wywołują karty, gdy trochę się ich już rozłoży. Gdy po prawej krawędzi planszy frakcji, Imperium rozrasta się, a nam dochodzą kolejne planety, statki, technologie. Rozwijanie i wybór różnych stron kart też odrobinę dodaje do klimatu, podobnie jak nazewnictwo oraz obrazki. W mechanice znajdą się rozwiązania, które pasują do kosmicznego tematu, więc tu również należy się drobny plusik.

Niemniej jednak patrząc na Artefakty Obcych całościowo, ten klimat gdzieś mi w trakcie rozgrywek umykał, pozostając tylko nieznacznie wyczuwalny, tylko chwilami, pomiędzy używaniem akcji i turami graczy.

Regrywalność:
Ze względu na losowość, niemałą liczbę kart oraz możliwości zdobycia punktów myślę, że jest dość znaczna. Mnogość ścieżek rozwoju, opcji rozbudowy, sposobność do testowania różnych koncepcji, powoduje, iż Artefakty są karcianką o sporej zmienności. Do tego proste zastosowanie dla zasobów, dwie ‚używalne’ strony kart statków, technologii i planet po stronie Imperium, całkiem łatwe budowanie ‚silniczków’… to wszystko powoduje, że regrywalność daje radę co doceniam i lubię.

Próg wejścia (przystępność):
Umiarkowany, ze wskazaniem na niski :). Choć instrukcja serwuje reguły w przystępnej formie, to ich tłumaczenie zajmowało mi zwykle sporo czasu. Gdy już wystartowaliśmy z rozgrywką szło jednak gładko, więc powolny był właściwie tylko start. Przyswojenie zasad nie sprawiło mi, i mam wrażenie, że moim współgraczom także, większych trudności. Z drugiej strony zapoznanie się ze zdolnościami kart oraz ogarnianie sytuacji u siebie oraz przeciwników to inna para kaloszy, która może okazać się odrobinę wymagającym zadaniem.

Negatywna interakcja:
Niestety wcale mi się nie podoba. Niemal w każdym potencjalnie odpowiednim momencie do ataku na przeciwnika wolałem zmienić cel na System Obcych, rezygnując z blokowania kart rywalowi. Nie uważam, by było to opłacalne zajęcie, toteż nie chciałem za bardzo z niego korzystać. Spróbowałem zaledwie kilkukrotnie, ale szybko odpuściłem. Poza tym nie liczę nawet innych, marginalnych oddziaływań na jakie można się tutaj zdecydować (np. szybsze lub wolniejsze wykończenie talii zasobów). W trakcie partii raczej skupiałem się na sobie, aniżeli na przeszkadzaniu pozostałym graczom.

Losowość:
I oto dochodzimy do wrażliwego punkt do rozważenia. Losowość to ważny element AO, który z początku kapkę zraził mnie do gry. Chyba najbardziej dotkliwie, kiedy próbowałem ustrzelić tytułowe artefakty (silne są, więc chciałem je mieć…) i po prostu… no nie szło. A gdy wreszcie się udało, to dobrałem coś zupełnie w danej chwili nieprzydatnego. I nie, nie działo się tak zawsze, ale… Szkoda, że atakowanie, produkowanie czy sprzedawanie technologii – co ma w założeniu przynieść graczowi niezłe korzyści – jest regulowane przez losowość… może się udać, a może nie…

Teraz, z punktu widzenia wszystkich dotychczasowych rozgrywek przyzwyczaiłem się, zrozumiałem, że mechanika gry taka już jest, a ja powinienem zwyczajnie wkalkulować sobie ryzyko w plan działania. Ok. Jednak daleko mi do polubienia takiej losowości. Akceptuję ją i tyle.

Podsumowanie:

Czy podobają mi się Artefakty Obcych? Tak. Czy bardzo podobają mi się Artefakty Obcych? Nie.

Z przyjemnością je ogrywałem. Nie ukrywam, że fajnie odkrywało się poszczególne karty, a ‚engine building’ wciągał i dawał dużo radochy podczas zabawy. Rozbudowa imperium i wyciskanie z niego kolejnych punktów zwycięstwa była w porząsiu zajęciem, które zmuszało do myślenia, a jednocześnie nie było męczące, nie pochłaniało za wiele czasu. Rozgrywki były dość szybkie, żwawe, czasami tylko odrobinę przydługie. Ta zwięzłość, jeśli mogę to tak nazwać, oraz przystępność to wielki atut Artefaktów. Na szczęście to karcianka średniego kalibru, nie ociężale skomplikowana, o niewysokim progu wejścia.

Z drugiej jednak strony nie przepadam za obecną tu losowością, tak samo zresztą jak za atakowaniem. Jest fajna mechanika, ale nie aż tak fajna, by mnie zauroczyć i przyciągnąć do stołu na dłuuugie godziny. Można tu przyjemnie pogłówkować, można wiele, ale czegoś jeszcze mi brakuje. Trochę trudno określić czego… Kto wie, czy nie nowych kart lub jakiejś nowej mechanicznej wstawki do całości? Czegoś, co poprawi wspomnianą losowość. Co jeszcze zwiększy różnorodność? To wciąż jest gra, którą oceniam dobrze i w którą przede wszystkim grało mi się dobrze. Ale od dobrze do wspaniale jeszcze troszkę jak dla mnie brakuje.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Szybka rozgrywka, proste akcje i ‚engine building’.

Najmniej lubię (słaba strona):
Losowość i atakowanie rywali.

Dlaczego na TAK:
Myślę, że raz na jakiś czas mogę pograć, bo jak już do AO przysiadłem, wciągało mnie. Nie pozostawiając bez satysfakcji po skończonej partyjce.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Portal Games. Dzięki!