A czas ucieka… recenzja gry Fuse!

Dziesięć minut intensywnej, często pełnej mniej lub bardziej kontrolowanego chaosu rozgrywki. Festiwal popędzania, dyskusji, presji upływającego czasu… Tak mniej więcej prezentowały się moje zmagania z Fuse. I jestem z takiego stanu rzeczy bardzo, ale to bardzo zadowolony.

Info:

Autor: Kane Klenko
Polski wydawca: Portal Games
Liczba graczy: 1-5
Czas gry: 10 minut

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Rozgrywka powinna zamknąć się w dziesięciu minutach. Zadaniem drużyny, bo Fuse to gra kooperacyjna, jest rozbroić pewną ilość bomb (zależnie od ilości graczy i poziom trudności) przed upływem czasu. W trakcie partii osoba, która aktualnie posiada worek z kostkami dociąga ich tyle ilu graczy liczy zespół rozbrajający, turla nimi, by następnie każdy z uczestników dobrał jedną (o ile ma możliwość jej użyć) dla siebie i położył na odpowiednim miejscu na karcie bomby. Gdy w efekcie taka karta zostanie rozbrojona, odkłada się ją i bierze następną.

W grze pojawić się mogą też karty detonatorów, które przeszkadzają grającym na podobnej zasadzie co nieużyte kostki. W obu przypadkach, każdy gracz musi odrzucić odpowiednią kość (jeśli takową posiada i ma możliwość).

Jeżeli drużynie uda się spełnić warunki zwycięstwa mieszcząc się w czasie – wszyscy wygrywają. Jeżeli przekroczą limit – przegrywają.

Po więcej konkretów i pełne zasady odsyłam do instrukcji :).

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Prawidłowe. Cudownie nie jest – wystarczająco dobrze już tak. Komponenty Fuse choć niespecjalnie urodziwe, to przynajmniej czytelne i dość zrozumiale oznaczone. Pod względem jakości jest po prostu ok. Trochę szkoda kart, które dość szybko się zużyły – mogłem jednak zapakować je w koszulki ochronne. I pudełko – wydaje mi się ciut zbyt duże, myślę, że całość mogła zamknąć się w znacznie mniejszym, bardziej poręcznym pojemniku.

Czas rozgrywki:
Nie licząc przygotowania i złożenia to wedle instrukcji partyjka ma trwać do max dziesięciu minut. Odpalamy czasomierz i gramy. Jeśli zmieścimy się w zakładanym czasie – zwycięstwo. Jeśli nie.. cóż. A czy dziesięć minut to dużo? Czasami stanowczo za mało… :].

Klimat:
Ha! Jest! Tworzony w dużej mierze przez presję czasu, a gdy zdecydujemy się na użycie aplikacji z ‚głosem’, to również przez nią. Mechanicznie nie umiem się odnieść do sprawy, bo z bombami to doświadczenia na szczęście nie mam. Niemniej jednak zabawa z Fuse jest ekscytująca i można odbierać ją jako swego rodzaju symulację rozbrajania ładunków.

Regrywalność:
To mocna strona gry. Dzięki losowości, limitowi czasowemu, a także różnym poziomom trudności i decyzjom graczy regrywalność jest gigantyczna. Trochę trudno oddać mi to słowami… ale niech będzie, że: w asyście pozytywnej ekscytacji, buzujących emocji i intensywnej walki z upływającymi sekundami grało mi się w Fuse bardzo, bardzo dobrze. Często nie kończąc na pojedynczej rozgrywce.

Próg wejścia (przystępność):
Reguły są super łatwe. W razie czego instrukcja zawiera pomocne przykłady i w przystępny sposób wyjaśnia ‚co i jak’. Przyswojenie zasad nie powinno sprawić kłopotu – w przeciwieństwie do osiągnięcia wygranej. Bez dobrego zgrania, odrobiny szczęścia oraz kilku innych czynników, sukces (szczególnie na wyższych poziomach trudności) może okazać się długo niespełnionym marzeniem!

Negatywna interakcja:
Brak. To kooperacja.

Losowość:
Spora, ale napędza rozgrywkę i to w większości właśnie dzięki niej granie w Fuse mi się podoba.

Podsumowanie:

Przed pierwszym starciem byłem dość sceptyczny. Ot nadarzyła się okazja, więc rozłożyliśmy. Wcześniej ani nie czytałem instrukcji, ani nie miałem większego pojęcia jak wygląda rozgrywka, czego spodziewać się po grze. Wysłuchałem reguł i zaczęliśmy.

Zaskoczyło.

Finał zakończył się porażką, choć o ile pamięć mnie nie myli, graliśmy na jakimś niskim poziomie trudności. Najważniejsze jednak, że gra mi się spodobała i wiedziałem, że wcześniej czy później będę chciał znowu sięgnąć po Fuse. To było to! Zabawne, z fajnymi emocjami na dokładkę. Do tego proste i z nieźle wykorzystaną losowością kostek oraz kart. Nawet znalazła się szczypta klimatu!

Zatem kiedy tytuł wreszcie trafił do mnie do recenzji nie mogłem doczekać się zmagań w domowym zaciszu. Kolejne starcie – oto nadchodzę! W tej chwili nie pamiętam już nawet jak długo graliśmy tamtego wieczoru. Pamiętam za to, że bawiliśmy się przednio. Właściwie to nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni. Wkrótce spróbowaliśmy znowu.

Fuse jest super. Tym zdaniem mógłbym załatwić całą tą recenzję. Podoba mi się z wielu względów. Część już wymieniłem, ale to nie wszystko. Lubię w niej krótki czas rozgrywki oraz to ile emocji zwykle budzi. Ma spoko dynamikę, nie najgorszy wygląd, kooperacyjny charakter… Przy tylu zaletach ciężko jest mi wskazać jakieś ewidentne wady. Nic szczególnie upierdliwego nie zapadło mi w pamięć, nic nie rzuciło na tyle wyraźnie w oczy, bym teraz miał chęć narzekać. A to chyba dobrze?

Kończąc więc i trochę się powtarzając, Fuse jest wyśmienitym kościano karcianym kooperacyjnym dziełem, który ze wszech miar mi pasuje. W swojej kategorii, w swojej ‚wadze’ jest więcej niż tylko dobrym tytułem.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Kooperacja na czas – jak się wczuć – generuje mnóstwo emocji.

Najmniej lubię (słaba strona):
Ciężko coś wskazać. Może czasami jest ciut zbyt chaotyczny… może.

Dlaczego na TAK:
Do gier na czas podchodzę raczej z dystansem – tym razem jestem zachwycony – spoko temat, spoko mechanika, lekka acz wymagająca rozgrywka, którą często wcale nie tak łatwo zakończyć zwycięstwem.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Portal Games. Dzięki!