Mieszać w kociołku to jest to… Szarlatani z Pasikurowic!

Ważenie w garnuszku jakichś przedziwnych składników okazało się w przypadku Szarlatanów całkiem ciekawym zajęciem. Mechanika ‚budowania woreczka’ i towarzyszące wyciąganiu z niego znaczników ryzyko ‚wybuchu’ szykowanego specjału, nierzadko nagradza graczy momentami obfitującymi w bardzo pozytywne emocje. Emocje uzupełnione o uśmiechy, radochę, z miło pędzącym czasem w tle. Fajnie grało mi się w Szarlatanów z Pasikurowic. Postaram się wyjaśnić dlaczego.

Info:

Autor: Wolfgang Warsch
Polski wydawca: G3
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: ~45 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

W skrócie to jest tak, że gracze będą dociągać znaczniki ze swoich woreczków i wykładać je na planszach kociołków. Będą mogli również dodawać kolejne składniki do owych worków, w ten sposób je rozbudowując. Ingrediencje występują w różnych rodzajach i przykładowo są to: dynie, muchomory czy mandragory. Ważne, że większość z nich ma cztery różne warianty działania opisane w księgach, których zestaw wybieramy sobie do partii – czyli określimy jakie bonusy będą dawać poszczególne składniki w trakcie danej rozgrywki.

Dużą część zabawy pochłania dociąganie i wkładanie znaczników do kotła – to na jakiej pozycji się znajdą zależy od tego jaki trafi się element i jaka wartość na nim widnieje. Jeżeli wyciągniemy oznaczony jedynką, położymy go na następnym polu od wcześniej dołożonego składnika lub drewnianego znacznika. Jeżeli będzie to dwójka – na drugim polu od niego, i tak dalej. Bonusy opisane w księgach mogą wpływać na wykładanie i to dość znacznie.

W trakcie rundy występuje również tak zwana Ewaluacja podzielona na sześć kroków, w trakcie których gracze mogą między innymi zdobywać punkty zwycięstwa (zależy od tego jak daleko zaszli na torze w kotle), turlać kością bonusową (też można za nią dostać punkty, choć nie tylko) lub kupować znaczniki składników.

Ważne: białe znaczniki. Zaczynamy z siedmioma białymi znacznikami o wartościach: cztery jedynki, dwie dwójki i jedna trójka. Jeżeli suma wartości białych składników wsadzonych do naszego kotła wyniesie więcej niż siedem to następuje wspomniany już we wstępie wybuch i przerywamy dobieranie (dlatego często kluczowe jest, by przestać dobierać zanim będzie za późno…). Skutkuje to karą – nie jesteśmy brani pod uwagę podczas rozpatrywania tego kto dostanie możliwość turlnięcia w danej rundzie kością bonusową oraz będziemy musieli zdecydować czy chcemy dostać punkty zwycięstwa czy też wolimy kupić nowe znaczniki (jeżeli mieszanka nie wybucha możemy zarówno kupować jak i dostaniemy punkty). Inne ingrediencje mogą mieć wpływ na białe znaczniki. I znowu ważne: pod koniec rundy wyciągamy wszystkie składniki z kotła i wrzucamy je z powrotem do woreczka. Nową rundę zaczniemy bez składników w garze.

W grze występują również karty. Na początku rundy dobiera się jedną i odczytuje. Mają fajne efekty, np. zmieniają warunek eksplozji – zamiast przekroczenia wartości siedem, wybuch nastąpi powyżej dziewięciu. Albo pozwalają pobrać sobie darmowy znacznik czy turlnąć kością i zgarnąć bonus. Efektów jest dość dużo, bo kart wróżki mamy 24.

To mniej więcej tyle, po konkrety i pełne zasady odsyłam oczywiście do instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
W pudle zmieściło się sporo niezłej jakości komponentów. To przede wszystkim fura kolorowych znaczników, które w trakcie partii często będą przechodzić przez nasze dłonie. Są też plansze, trochę drewnianych elementów, karty itd. Całość prezentuje się ładnie, wykonana jest w klawym stylu, który nawet mi się podoba. Jeżeli miałbym na coś marudzić, to może na brak zróżnicowanych ilustracji na kartach wróżki. Poza tym wygląd i jakość Szarlatanów oceniam dobrze. Na plus.

Czas rozgrywki:
Nie powiedziałbym, że bardzo krótki, ale raczej umiarkowanie krótki. Dziewięć rund, a w ich trakcie kilka kroków do wykonania, w tym np. kupowanie znaczników, odczytywanie kart, turlanie kostką. Po przeczytaniu instrukcji taki proces może wydawać się złożony i przydługi, ale w rzeczywistości gra śmiga dynamicznie, szybko. Zdecydowanie sprawnie.

Klimat:
Myślę, że w Szarlatanach ewidentnie tkwi coś klimatycznego. Napełnianie kotła składnikami i balansowanie na granicy eksplozji, która wysadzi mieszankę trąca odrobinkę klimatem, pasuje do barwnej całości, do gry tego kalibru. Podkreśla temat, który bardzo mi się podoba. Przywołuje na myśl stare już bajki oglądane w dość odległych latach dzieciństwa. Klawo. A jeśli do tego wziąć pod uwagę jak gra wygląda, popatrzeć przez moment na takie na przykład księgi, ingrediencje, plansze graczy czy drewniane znaczniki to wydaje mi się, że Szarlatani z Pasikurowic jeszcze bardziej w tej kategorii zyskują.

Regrywalność:
Dzięki możliwości wybierania różnych zestawów ksiąg, z dostępnymi dwoma wariantami rozgrywki (choć nieznacznie się różniącymi – wybór jednej ze stron planszy kociołka) oraz wyraźnie odczuwalną losowością regrywalność daje radę. Wielokrotnie zasiadałem do Szarlatanów, bawiłem się dobrze, nie mając przy tym ochoty na narzekanie z powodów takich jak powtarzalność czy nuda. Kręgosłup gry jest bardzo prosty, a jednak ciekawi i dostarcza mnóstwa frajdy.

Próg wejścia (przystępność):
Niski. Zasady gry nie są trudne, pojąłem je bez problemu. Fajnie, że w pudełku jest almanach składników, który służy pomocą w razie pojawienia się niejasności co do działania ksiąg.

Negatywna interakcja:
Nie dokuczamy rywalom, rozgrywka jest pokojowa. Co prawda ilość znaczników jest ograniczona i gdyby zabrakło danego rodzaju, bo je wykupimy, to w drobnym stopniu możemy przeszkodzić innym graczom, ale podczas moich partii taka sytuacja nigdy nie miała miejsca.

Losowość:
Bardzo duża. Tak w kartach jak i w dobieraniu z woreczka i podczas turlania kostką. Ma wyraźny wpływ na rozgrywkę. Może okazać się bardzo pomocna ale i w drugą stronę – podłożyć nogę w najmniej oczekiwanym momencie.

Podsumowanie:

No dobra, to jak finalnie oceniam Szarlatanów? Ano oceniam pozytywnie, bo to świetna gra jest. Tyle tylko, że z jednym małym zastrzeżeniem – na czas partii daję sobie na zgodę z losowością. I nie mam problemu, żeby tak zrobić, bo mechanika gry jest super ekstra i broni tytułu bez trudu. Wspaniale bawiłem się przy warzeniu eliksirów na rynku w Pasikurowicach. Bardzo podoba mi się, że mogę co partię zmieniać działanie ingrediencji, wybierać zestawy ksiąg wedle preferencji i klawo eksperymentować w ‚budowaniu woreczka’. Z chęcią to robiłem, smakowałem jak działają jedne bonusy w połączeniu z innymi. Łał, oto zdecydowana zaleta Szarlatanów. Wpływa na regrywalność, dodaje świeżości poszczególnym partiom. Nie muszę grać ciągle tym samym. Wiele wciąż rozbija się o farta, o to czy w odpowiednim momencie wyciągnę odpowiedni znacznik, ale to nic – zabawa nadal jest spoko. Owszem, przydarzały się kapkę skrajnie pechowe zagrania i wtedy nie było mi do śmiechu. Miałem z tym problem i kręciłem nosem nie raz. Ale zważywszy na charakter rozgrywki (familijna, lekka) oraz na zgrabną, pomysłową mechanikę odpuszczam i już.

I przy okazji – symultaniczne wygrzebywanie składników z worków, bo tak w trakcie gry się dzieje, powoduje, że rozgrywka przyspiesza, a niepotrzebne spowolnienia jej nie przedłużają. I dobrze.

A proste reguły czy miła dla oka szata graficzna? Pasują do tematu i pasują do tego typu gry. Czynią ją nieskomplikowaną, przystępną, ładną. Też dobrze.

Szarlatani mają w sobie to ‚coś’, co skłania mnie by wrócić, rozłożyć ich znowu, zagrać raz jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. Bo bez większych problemów mogą wyjaśnić ją nowym graczom. Bo rozgrywce często towarzyszy mnóstwo emocji, bo lubię układać znaczniki i liczyć, że tym razem uda mi się dojść jeszcze dalej i wyciągnąć jeszcze więcej punktów, a mikstura nie wybuchnie. Bo mogę bardzo szybko rozegrać partyjkę i na luzie, bez ciężkiego główkowania spędzę przyjemnie trochę czasu.

Werdykt? Przyjemności mnóstwo. Wciągającej rozgrywki ogrom. Znakomicie.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Zróżnicowane księgi z opisem działania składników.

Najmniej lubię (słaba strona):
Losowość.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa G3. Dzięki!