Mlask… dobre to… recenzja Food Chain Magnate!

Food Chain Magnate to gra, która chodziła mi po głowie od dłuższego czasu. I nie jestem nawet pewien z jakiego powodu. Po prostu któregoś razu gdzieś ją zobaczyłem, coś tam przeczytałem i od tamtej pory utkwiła mi w pamięci. Szczęśliwie udało się wreszcie położyć na niej łapy. Pograłem, a teraz spisuję co myślę.

Info:

Autor: Jeroen Doumen, Joris Wiersinga
Liczba graczy: 2-5
Czas gry: ~120-240 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

W uproszczeniu chodzi o to, żeby rozbudować swoją firmę i zarobić więcej kasy od pozostałych graczy na sprzedaży jedzenia i picia. Kręgosłupem Food Chain Magnate są karty, które można podzielić na dwie grupy – pracowników oraz milestones, czyli innymi słowy cele do zrealizowania. O ile te drugie nie są konieczne do podjęcia rozgrywki, gracze mogą się na nie zdecydować lub nie, o tyle bez pracowników ani rusz. A ci pełnia przeróżne funkcje – począwszy od osób takich jak Recruiting Girl odpowiedzialnej za zatrudnianie nowych ludzi, przez Trainer’ów, Errand Boy’ów (chłopaki na posyłki), Marketing Trainees (goście od reklamy), na Regional Manager’ach, Executive Vice President’ach itp kończąc. Fachowców jest mnóstwo, co widać choćby zaraz po rozłożeniu ich na stole – zajmują sporo miejsca.

Gracze będą wybierać spośród osób wchodzących w skład firmy tych, których chcą użyć w danej rundzie i wykładać ich do pracy. Reszta zostaje on the beach, czyli w pewnym sensie odpoczywa, choć też można coś z nimi wtedy robić. Ważne jest, by policzyć wybranych pracowników, gdyż układani będą w hierarchii – czyli CEO na górze, a pod nim managerowie lub szeregowi pracownicy, pod managerami zaś już tylko szeregowi. To ilu pod kim podłożymy zależy od dostępnych slotów oznaczonych na kartach.

W trakcie aktualnej rundy gracz będzie, zgodnie z jej strukturą, rozgrywał swoje karty używając zdolności pracowników. Gdy już wszyscy grający wykonają swoje ruchy przechodzi się do kolejnych faz, w których dzieje się między innymi sprzedaż napojów i jedzenia zainteresowanym mieszkańcom oraz odpalenie zaplanowanych reklam, które powodują, iż ludność dowiaduje się o konkretnych produktach i chce je później kupować.

A po co wspomniane wcześniej milestone cards? Ano po to, by wprowadzić cele, do których gracze mogą dążyć. Za ich spełnienie dostaje się premie, które znacznie ułatwiają i często ukierunkowują nasze poczynania.

Grę wygrywa osoba, która zgromadzi najwięcej kasy.

Po więcej odsyłam oczywiście do instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Ok. Choć całość nie urzeka pięknym wyglądem i oszałamiającą szatą graficzną, to jednak ma swój urok – taki trochę retro surowy styl, który świetnie pasuje do gry o tej tematyce. Poza tym jest tu mnóstwo drobnych drewnianych komponentów i fura kart. Elementy planszy natomiast to chyba najsłabiej wyglądające składniki Food Chain Magnate – jakościowo są w porządku, ale prezentują się niestety słabo.

Gra jest czytelna, przejrzysta i, co bardzo mi się podoba, nie jest wypełniona zbędnymi, rozwlekłymi opisami. Wydaje mi się, że nawet to, iż jest po angielsku nie powinno stanowić większej bariery przed rozpoczęciem zabawy z FCM.

Czas rozgrywki:
Co prawda wiele zależy od graczy, a już szczególnie od tego jakie karty rezerwy wybiorą, bo to one określają ile kasy zostanie dodane do banku po pierwszym wyczerpaniu. Wtedy też tworzy się nową pulę zgodnie z tym co odłożyli gracze – gra skończy się po ponownym wyzerowaniu forsy w banku. Tak czy inaczej Food Chain to nie jest pozycja na krótką partię, zwykle pochłania dużo czasu, powiedziałbym nawet, że bardzo dużo. Co gorsza, downtime, czyli oczekiwanie na swoją kolej bywa tu spory.

Klimat:
Solidny, podoba mi się. Budowanie firmy – od małej, jednoosobowej, bez kapitału, do wielkiej, zrzeszającej mnóstwo specjalistów i zarabiającej krocie na oferowanych posiłkach – daje niemało frajdy i pozwala wejść w buty gościa z marzeniami. I to gościa, który może je spełnić. Food Chain Magnate oferuje takie doświadczenia – małą planszową podróż od zera do grubej ryby. To świetna symulacja, mechanika dźwignęła temat.

Regrywalność:
Hm… Zestaw kart pracowników (zmienia się ilość niektórych z nich w zależności od liczby graczy) jest co partię taki sam, podobnie jak kamieni milowych jeżeli się na nie zdecydujemy. I jestem w stanie zrozumieć, że tak ma być. Na szczęście zmienna jest plansza, którą układamy z określonej liczby elementów (też w zależności od tego ile osób gra), a co za tym idzie zmienia się również miejsce położenia naszej startowej restauracji. Czy to dużo i czy wystarczy? Myślę, że tak. Poza tym jest to rozbudowana gra, której opanowanie i wypracowanie sobie jakichś schematów trochę pewnie potrwa – a w razie czego nie bez znaczenia pozostaje kwestia wyborów naszych rywali oraz dostosowania się do układu mapy miasta.

Próg wejścia (przystępność):
Jeżeli chodzi o zasady to są średnio skomplikowane. Cieszą karty MENU, które dostarczają wielu przydatnych informacji – służą za poręczne skróty. Połapać się w tym jak FCM działa da się dość szybko… tylko, że rozumieć reguły to jedno. Drugie zaś to poradzić sobie z potężnym ekonomicznym silnikiem tej planszówki – nie jest to wcale proste. Możliwości mamy mnóstwo, a duża swoboda w dostępie do kart i miejsc na planszy głównej powoduje, że bez trudu może przydarzyć się nam jakieś niedopatrzenie czy małe zaniedbanie, które później trudno naprawić. To głównie z tej przyczyny pozycja ta jest grą wagi ciężkiej. Bo tak jak w rzeczywistości tak i tu prowadzenie firmy, a już na pewno dużej firmy, to zadanie wymagające i w dużej mierze zależne nie tylko od nas samych.

Negatywna interakcja:
Pomijając kwestie takie jak np. zabieranie kart pracowników, czy zajmowanie mediów reklamowych i miejsc na nie przeznaczonych, mamy tu oczywiście twardą i szalenie istotną walkę o klienta. Kluczowe wydaje mi się odpowiednie reklamowanie, zachowanie elastyczności, by móc dopasować się do aktualnej sytuacji, a przy tym obserwowanie zmian w zapotrzebowaniu mieszkańców. Bo ściągnięcie gości do naszego lokalu to nie tylko kasa dla nas, ale również brak kasy dla pozostałych graczy. I takiej interakcji jest tutaj niemało. Interakcji, która niestety bywa czasami bardzo bolesna.

Losowość:
Pojawia się podczas przygotowania partii. Poza tym – brak.

Podsumowanie:

Nie zawiodłem się. Zabawa w tworzenie restauracji od podstaw i zarządzanie nią bardzo mi się spodobała. Food Chain Magnate oferuje ciekawy model rozgrywki, wyśmienite doświadczenia, ogrom satysfakcji z tego co robimy. Wcielenie się w CEO i organizowanie zespołu ludzi, którzy mają unieść na swoich barkach nasz biznes, przebić się przez konkurencję i dać wygraną to wielka przyjemność. Zasady gry nie przytłaczają i oddają w nasze ręce system prosty, ale jakże dobrze działający – jak prawidłowo naoliwiona maszyna. Całość zazębia się, śmiga jak należy. I choć zanurzenie się w tym świetnie zaprojektowanym symulatorze pewnie nie jest dla każdego, to uważam, że wielu lubiących wymagające i mózgożerne pozycje znajdzie tu coś dla siebie.

Na wyróżnienie zasługuje na pewno klawo rozwiązane zagrywanie pracowników w hierarchii z CEO u szczytu. Raz, że fajnie klimatycznie rysuje to strukturę firmy, a dwa, że zmusza gracza do kombinowania kogo użyć teraz, a kogo później, jak to rozsądnie porozkładać, bo przecież limitują nas sloty.

Bardzo podoba mi się również reklamowanie, które pozwala wpływać na zapotrzebowanie klientów. To dobre narzędzie nie tylko do napędzania gości do swojej restauracji, ale także do utrudnienia realizacji zamówień rywalom. Tak w ogóle to całe te zmagania o przyciągnięcie głodnych lub/i spragnionych pod nasz lokal są spoko – wychodzi z tego naturalna forma interakcji – znowu, pasująca do tematyki gry.

Ale żeby nie skończyć tylko na słodzeniu dodam, że FCM po rozłożeniu zajmuje mnóstwo miejsca na blacie. Co więcej, stanowczo zbyt często zdarzało mi się pogubić pośród kart – która awansuje w którą. Dalej – szkoda tez, że oczekiwanie na swoją kolej potrafi się dość mocno przeciągać oraz, że gdy zawalimy i inni gracze nieco nam odskoczą, baaardzo ciężko będzie nam do nich później nadgonić.

Ale podsumowując: Food Chain Magnate to duża i złożona gra. Dzieło mądrze zaprojektowane, dobre, wciągające, pełne zalet. To tytuł wartościowy, wyróżniający się, zasługujący na wyraźną pochwałę. Brawo.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Świetny mechanizm używania pracowników – hierarchia.

Najmniej lubię (słaba strona):
Czasami bardzo długie partie. Błędy mogą słono kosztować.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Splotter. Dzięki!