Pośród jezior, lasów, traw… recenzja gry Wendake

Organizacja życia plemienia indiańskiego – i to w bardzo szerokim zakresie – począwszy od zbierania zasobów potrzebnych do życia i handlu, poprzez polowanie, skończywszy na oprawianiu skór, rywalizacji o terytoria czy odprawianiu rytuałów. O tym, oczywiście w skrócie, traktuje gra Wendake, planszówka z ciekawym mechanizmem rozpatrywania akcji, który w dużej mierze spowodował, że się nią zainteresowałem. I dobrze, bo szybko przypadła mi do gustu.

Info:

Autor: Danilo Sabia
Liczba graczy: 1-4
Czas gry: ~60-120 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Zasad jest dość dużo, ale to głównie ze względu na ilość dostępnych w planszówce akcji oraz złożoność części z nich. Ogólnie chodzi o to, żeby zbierać punkty zwycięstwa w czterech kategoriach zestawianych w pary. To zmienny element rozgrywki, bo na początku partii ustalamy jak połączone zostaną ze sobą tory Econimic, Mask, Ritual oraz Military. Na koniec gry uczestnicy dostaną punkty za dwa z czterech torów – po jednym z każdej pary i na dodatek będą to te, na których zebrali najmniej PZtów.

Kręgosłupem systemu są wspomniane już akcje, które znajdują się na kaflach (Action Tiles). Każdy zaczyna z dziewięcioma startowymi, które umieszcza na swojej planszy wioski w układzie trzy na trzy. Później w trakcie partii będą okazje do wymiany ich na inne.

Struktura rundy wygląda tak: rozpoczynamy właśnie od wybrania jednego z kafli lub zajęcia pozycji na torze kolejności – robimy tak co rundę, do momentu aż każdy wykona trzy aktywacje i wystawi się na torze. Ten mały element pozwala fajnie pokombinować, bo decydujemy co i kiedy zrobić w ramach tych czterech czynności. Co więcej, i jest to bardzo ważne, pierwszy kafelek akcji ma utworzyć linię pionowo, poziomo lub po skosie z pozostałymi dwoma wybranymi przez gracza.

I co dalej? Ano po położeniu piona na kaflu rozpatrujemy akcję – jedną lub więcej, zależy ile ich tam jest. A jakie? Np. ruch (który możemy połączyć z walką), handel zależny od wystawionych na planszę Canoes, zbiórkę zasobów z pól obsadzonych przez naszych pracowników, oprawianie skór z upolowanych bobrów. Są też akcje, których wykonywanie jest dość złożone i daje punkty zwycięstwa: choćby rytuał pozwalający wystawić nowych mieszkańców do naszej wioski albo ceremonia mask – te kolekcjonujemy, by dostać punkty w zależności od uzbieranego zestawu.

Po skończeniu tej fazy przechodzimy do etapu Restore, czyli przywracania, gdzie między innymi, gracze mogą wymienić jeden ze swoich Action Tiles na nowy (lub na jeden z odrzuconych przez siebie wcześniej, na powrót włączając go do bloku 3×3).

Mniej więcej tak to wygląda – staramy się poruszać po mapie, zajmować miejsca z zasobami, używać tych zasobów do różnych celów i robić te akcje, które dadzą nam punkty. Ważne jest zarządzanie zmieniającym się stale kaflami akcji – w tym również usprawniając swój zestaw. Po siedmiu rundach wyłaniamy zwycięzcę – osobę, która zgromadzi najwięcej punktów.

Po pełne reguły odsyłam oczywiście do instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Solidne komponenty to jedno. Ich ilość – drugie. Szata graficzna – trzecie. Bogata zawartość pudełka w pierwszej chwili trochę zaskakuje – łał, ile tego jest – ale jak już wszystko ogarnąć i poukładać to myślę, że gra może się podobać. Szczególnie fajne są plansze graczy, na których przechowujemy część rzeczy oraz przesuwamy kafle z akcjami – wgłębienia pomagające utrzymać je w ryzach są super, lubię takie bajery.

A oprawa graficzna? Jest ok, chociaż nie ma szału. Obrazki dają radę, ale nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym. Za to symbole, które mają ułatwiać rozgrywkę są niezbyt przystępne i niestety czasami musiałem wracać do instrukcji, żeby dobrze je zrozumieć.

Całościowo Wendake wypada zatem poprawnie. Ani słabo, ani wspaniale, gdzieś po środku, ok.

Czas rozgrywki:
Gdy już załapać o co tu chodzi, opanować działanie poszczególnych akcji, to gra przebiega dość sprawnie. W związku z tym, że rozpatrujemy po trzy kafle (plus ewentualnie jakieś dodatkowe efekty), które możemy sobie z wyprzedzeniem zaplanować (bo układ linii) zabawa nabiera dynamiki, a gracze nie muszą zbyt długo czekać na swoje ruchy. Jednak, gdy dochodzi do odpalenia kafelka złożonego z trzech akcji (u dwóch czy trzech graczy z rzędu) i robimy je wszystkie, wtedy downtime kapkę się zwiększa. Z jednej strony nie nie wydaje mi się to dużym problemem, z drugiej zaś przy pełnej obsadzie warto mieć na uwadze, że zabawa troszkę się wtedy wydłuża.

Tak czy inaczej te dwie godzinki, może dwie i kilkanaście minut powinny spokojnie wystarczyć na partię w cztery osoby.

Klimat:
Hm… raczej śladowy. Znacznie bardziej skupiałem się na tym co zrobić, by optymalnie rozegrać rundę. To czy akurat bawię się w dowódcę plemienia i wysyłam ludzi na zbieranie zasobów lub poszukiwania nowego miejsca do wycinki drewna miało znacznie drugorzędne. Co tam jakieś rytuały, handel, walka, wędrówki po planszy. Klimatycznie nie chwyciło. Mechanicznie na szczęście tak.

Regrywalność:
Duża – w znacznym stopniu za sprawą kafelków akcji, o których ciągle się powtarzam. Generują masę frajdy. To, że można zmieniać podstawowe na zaawansowane i w ten sposób dostosowywać mechanizm przesuwanych elementów do swoich potrzeb bardzo mi się podoba. Jest z tego moc zróżnicowania co partię. Ale to nie jedyne co dodaje grze świeżości. Choćby parowanie punktacji ustalane podczas przygotowania, losowy układ kart w talii, dużo różnych Progress Tiles, które można zdobyć, dzięki nim zapunktować oraz uzyskać dostęp do fajnych efektów. A to nawet nie wszystko… Regrywalności nie sposób nie zaliczyć do zalet Wendake. I to pewnie tych największych.

Próg wejścia (przystępność):
Wysoki. Ze względu na całe mnóstwo symboli występujących na niejednym komponencie gry. Zasad też nie brakuje i choć ostatecznie dość szybko da się ich nauczyć to w pierwszej chwili potrafią przytłoczyć. Fajnie, że są kafle pomocy, to na plus, ale nawet z nimi o próg wejścia łatwo się potknąć. Wendake jest pozycją dla zaawansowanych planszówkowiczów, co do tego nie mam wątpliwości.

Negatywna interakcja:
Jest tu sporo różnych elementów w ‚wyścigu’ o które można uprzedzić rywali. Nie brakuje miejsca do walki, a ta pozwala przejmować miejsca z zasobami. Interakcja daje radę, nie frustruje. Nierzadko mamy szansę sporo przewidzieć i przygotować się zawczasu. Myślę, że jest hm… na umiarkowanym poziomie, do przyjęcia. Aczkolwiek gdyby było jej ciut więcej też bym nie narzekał.

Losowość:
Ok. Nie za dużo, nie za mało, ot w sam raz, by grało się przyjemnie i bez uczucia nudnej powtarzalności. Szczypta tu, szczypta gdzieś tam – np. w talii kart mask albo co jakiś czas podczas tasowania kafli akcji – wychodzi Wendake na dobre.

Podsumowanie:

Solidna i zmuszająca do myślenia planszówka. Główkowania przy optymalizacji ruchów jest tu całe mnóstwo i wychodzi z tego forma rozrywki, która dostarcza ogromy ładunek przyjemności. Mnogość dróg prowadzących do wygranej, w dużym stopniu związana ze zmiennymi parametrami gry, czyni z Wendake pozycję złożoną oraz bardzo ciekawą. Do wyróżniających się cech trudno nie zaliczyć mechanizmu kafli akcji, który modyfikowany w miarę postępu rozgrywki pozwala graczom na wiele. Elastyczność w tym elemencie to nie tylko motor napędowy całej mechaniki, ale również w dużej mierze źródło regrywalności tytułu.

Podoba mi się też, że występują tu zróżnicowane plemiona o klawych zdolnościach specjalnych, że kafle akcji na które możemy wymieniać te startowe pojawiają się w losowej kolejności, że kafelków progresu jest więcej niż potrzeba do rozegrania partii (a wprowadzają sporo przydatnych efektów), że wykonanie komponentów pozwala na wygodne segregowanie i używanie elementów gry, że system punktacji działa całkiem nieźle… tak, nie ukrywam, dużo mi się w Wendake podoba. Co prawda może i mechanika nie wyrwała mnie z butów, ale nie powiem, żebym się wynudził. Nawet pomimo drobnych minusów jak np. nieczytelność symboli zawyżających próg wejścia czy ewentualne spowolnienia przez długie rozpatrywanie akcji nie psują ostatecznego odbioru. To ciekawa pozycja. Raczej nie zapierająca dech w piersi, ale jednak wystarczająco wartościowa, by trafiać na stół przynajmniej od czasu do czasu.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Układ i działanie mechanizmu kafli akcji 3×3.

Najmniej lubię (słaba strona):
Nieintuicyjne symbole.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Post Scriptum. Thanks!