Galaktyka otworem stoi, karty w dłoń… recenzja gry Eminent Domain

Eminent Domain – podbijanie kosmosu z użyciem kart i w ubraniu z mechaniki, którą uwielbiam. Budowanie talii, walka o punkty zwycięstwa i perspektywa urozmaicenia całości o niejedno rozszerzenie. Zapowiada się ciekawie. Hm… hm…

Info:

Autor: Seth Jaffee
Polski wydawca: Baldar
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: ~45 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Rozgrywkę zaczynamy z odpowiednio przygotowanym zestawem kart. Później, z rundy na rundę będziemy rozbudowywać swój deck dodając do niego kolejne. Dodatkowo w naszym obszarze gry znajdzie się jedna planeta startowa, którą będziemy mogli podbić lub skolonizować.

Swoją turę rozpoczynamy od opcjonalnego wykonania akcji – te opisane są na kartach – wykładamy jedną z ręki i robimy co wskazuje. Następnie odpalamy misję, czyli bierzemy kartę z wyłożonych na ogólnodostępnym Centrum Dowodzenia (o ile jeszcze w danym stosie coś zostało) i wykonujemy konkretną czynność. Dodatkowo mamy możliwość Wzmocnić ją używając odpowiednich symboli z innych kart, tym sposobem zyskując znacznie więcej niż z pojedynczej misji. Następnie każdy kolejny gracz decyduje czy Naśladuje i korzysta z efektu, czy może Odmawia za co w nagrodę dociąga kartę ze swojej talii. Gdy już wszyscy określą się i wykonają co mieli wykonać przechodzimy do fazy Porządkowania.

W Eminent Domain funkcjonuje pojęcie Przywódcy – to osoba aktualnie rozgrywająca turę. Wiąże się z tym pewna korzyść. Otóż w trakcie misji (choć nie każdej) przysługuje mu nieco inny efekt niż pozostałym.

Co dają karty misji? Pozwalają na Zwiad, czyli przeglądanie planet, które możemy wziąć dla siebie i później coś z nimi robić. Dają opcję Kolonizacji oraz Walki – to dwa sposoby na odkrycie wcześniej pobranej planety. Jest też możliwość produkowania na nich surowców (o ile dana karta ma jakieś złoże/a) oraz handlowania nimi za punkty. Ostatnie są Badania, dzięki którym gracze mogą zdobywać karty Technologii – przydatne, o fajnych, mocnych efektach.

Gra kończy się, gdy wyczerpią się jeden lub dwa (zależnie od ilości i wyboru graczy) stosy misji lub skończy się pula Wpływu – nie licząc części dodatkowych odróżniających się kolorem.

To mniej więcej tyle. Po pełne reguły odsyłam oczywiście do instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Niestety, ale karty łatwo uszkodzić na krawędziach, wyraźnie to widać, bo mają ciemne obramowanie. Myślę, że folie ochronne bardzo się im przydadzą. Poza tym z jakością jest ok. żetony są grube, podoba mi się porządna, wygodna plansza na misje. Oznaczenia są zrozumiałe, opisy też.

Jeżeli zaś chodzi o grafiki to są całkiem ładne, choć kapkę szkoda, że w wielu przypadkach się powtarzają. Urodę gry dostrzega się głównie na kartach technologii i trochę na planetkach. Finalnie: ok, gra wygląda po prostu nieźle.

Czas rozgrywki:
Średni. Nie jest za długo, nie za krótko, ot w sam raz. Męczących spowolnień nie uświadczyłem – fajnie, że wszyscy gracze są stale zaangażowani, nawet w nie swojej turze. Eminent Domain to w końcu wyścig o zebranie jak największej ilości punktów, a te potrafią momentami topnieć z puli bardzo szybko.

Klimat:
Całkiem-całkiem. Szata graficzna pasuje do tematu, mechanika niejednokrotnie też. Klawo, że zanim podbijemy jakąś planetę najpierw bawimy się w zwiad. Dopiero później decydujemy czy spożytkujemy na jej podbicie żetony Myśliwców, by wziąć ją siłą militarną, czy może kolonizacją dokładając karty, aż do spełnienia wymagań. Spoko jest zdobywanie technologii – potrzebujemy do nich skupić się na badaniach, które trochę zapychają talię, ale za to otwierają drogę do mocnych kart. Te zaś wydają się być kluczowe dla wygrania partii. Fajnie, że możemy produkować Surowce na planetach i handlować nimi za punkty. Spoko, że planety dają nam czasami jakieś symbole przydatne przy rozpatrywaniu misji. Jest nieźle.

Regrywalność:
Nie ukrywam, że mocno interesują mnie rozszerzenia. Podejrzewam, że wydatnie dokładają do pieca urozmaicając rozgrywkę, dając grze nowe życie. A jak jest z samą podstawką? Nie najgorzej. Można obierać różne drogi rozwoju, na różne sposoby budować swoją talię. To fajne zajęcie. Gra dostarcza ciekawych, średnio ciężkich wyborów, które w zupełności wystarczają, by w ED grało się przyjemnie.

Dodatkowo mamy tu odrobinę losowości przejawiającą się głównie w tasowaniu talii graczy. Nie bez znaczenia jest też układ kart w stosie planet.

Delikatne wątpliwości budzą we mnie w pełni dostępne od początku partii technologie. Obawiam się, że skutkuje to nieco zbyt otwartymi zasobami kart, co bardzo ułatwia graczom egzekwowanie swoich planów na grę.

Ale tak jak pisałem wyżej – potencjał upatruję w dodatkach. Patrząc jedynie na bazowy produkt – jest dobrze, ale chyba mogłoby być ciut lepiej.

Próg wejścia (przystępność):
Umiarkowany. Reguły nie są trudne, ale chwilę zajmowało ich wyjaśnianie. Zawsze musiałem chwilkę pogadać o misjach, wytłumaczyć jak działają. Omawiałem też kwestie akcji i co wiąże się z bycia liderem. Jest też trochę technologii – myślę, że warto sobie je choć pobieżnie przejrzeć, by wiedzieć czego się spodziewać.

Negatywna interakcja:
Hm… Z tą jest raczej kiepsko. Owszem, można komuś podebrać technologię, można też wpływać (w małym stopniu) na to kiedy nastanie koniec gry – próbując szybko opróżniać stosy misji lub szybko punktując. Można też otwierać lub starać się zamykać drogę do Naśladowania misji czy odrzucać przydatne planety, ale ostatecznie to drobiazgi. Brakuje czegoś co pozwalałoby łatwo i bezpośrednio popsuć coś u przeciwników.

Losowość:
Już wcześniej nieco o niej wspomniałem. Najważniejsze, że nie wprowadzała niepotrzebnego chaosu, czy innych utrudnień w zabawie.

Podsumowanie:

Eminent Domain to nie jest młodziak co się dopiero pojawił na rynku. Wersja anglojęzyczna miała premierę już lata temu. Cieszy jednak, że wreszcie podstawka wyszła także po polsku. To solidna i ciekawa gra jest, zdecydowanie wciągająca, w której przystępne zasady tworzą system prosty w obsłudze oraz obfitujący w możliwości. Nie jest to co prawda system bez wad, bo z niestety ale wydaje mi się, że kuleje nieco jeżeli chodzi o negatywną interakcję… tyle, że koniec końców niewielka to rysa na całościowo niezłej karciance. Podoba mi się, że wygrać da się na różne sposoby, że budowanie silniczka zamkniętego wewnątrz naszej talii działa dobrze (wróć – bardzo dobrze). Niby misji mamy tylko kilka, niby powtarzamy je raz za razem, ale to właśnie silna strona ED – gdy nasze deck’i wypełnione są wielokrotnie kopiami tych samych kart czuć, że ‚poszliśmy’ np. drogą kolonizacji czy częstych badań. Gdy mocno rozpędzamy się właśnie w tych konkretnych gałęziach i czerpiemy większe korzyści z jednoczesnym uczuciem sporej kontroli nad talią.

Inna sprawa, że choć o mieszaniu szyków rywalom ciężko pisać, to obserwowanie na czym się skupiają, jakie planety są im potrzebne, które misje są dla nich istotne czy też po jakie technologie mogą chcieć sięgnąć zmusza graczy do zerkania poza swój obszar gry. To angażuje. Nierzadko. Przy czym myślę, że warto starać się o uczestnictwo w misjach innych graczy – ignorowanie na tej płaszczyźnie i granie ‚samemu ze sobą’ to raczej nie najlepszy wybór…

Co zaś tyczy się dodatków – żeby nadto się nie rozpisywać – ciekaw jestem czy wyjdą po polsku i jak wiele wnoszą do podstawki. Chętnie bym je sprawdził.

Finalnie zatem uważam, że Eminent Domain to ciekawa pozycja, która oferuje klawą rozrywkę w przystępnej formie. Ja bawiłem się przednio i po cichu liczę, że projekt doczeka się kontynuacji w postaci wydania spolszczonych rozszerzeń. Cóż. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Najbardziej lubię (mocna strona):
System odpalania akcji z kart Misji – w tym wzmacnianie, naśladowanie.

Najmniej lubię (słaba strona):
Patrz wyżej: negatywna interakcja.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Baldar. Dzięki!