Warzywka, punkciki… o grze Point Salad

Info:

Autorzy: Shawn Stankewich, Molly Johnson, Robert Melvin
Polski wydawca: Wydawnictwo Bard
Liczba graczy: 2-6
Czas gry: ~15-30 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Najpierw przygotowujemy zestaw kart do rozgrywki – w zależności od tego ilu graczy bierze w niej udział. Tasujemy i dzielimy na trzy w miarę równe stosy. Następnie z każdego odkrywamy po dwie karty i kładziemy obok w ten sposób tworząc pulę sześciu dostępnych kart warzyw plus trzech kolejnych dostępnych bezpośrednio ze stosu – to karty z punktacją, która widnieje po drugiej stronie warzywa.

W swojej turze gracz dobiera dwie karty warzyw lub jedną z punktacją. Dodatkowo może obrócić jedną posiadana kartę punktacji na warzywo – raz na turę.

Zabawa trwa do wyczerpania kart. Na koniec liczymy punkty zgodnie ze zgromadzonymi warunkami punktacji. Co ważne, warzywa liczą się do wszystkich warunków, więc, na przykład: jedna papryka może nam dać dwa punkty z punktacji A, następnie minus cztery z punktacji B i plus jeden z C.

Osoba, która zgarnie najwięcej pkt wygrywa partię.

Po komplet informacji odsyłam oczywiście do pełnej instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Ok. Do gry używamy tylko kart i są one w porządku. Gra jest czytelna, oznaczenia nie sprawiały mi problemów – nie mam się do czego przyczepić. Ilustracje nie zachwycają niczym nadzwyczajnym, wyglądają po prostu dobrze. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie brakuje tu jakiegoś notesu z ołówkiem do liczenia punktów, ale chyba nie… ostatecznie lepiej, że postawiono na prostotę. Tylko karty, nieduże pudełko z papierowym wkładem i krótka instrukcja. Wystarczy.

Czas rozgrywki:
Krótki, czasami bardzo krótki. Gra śmiga aż miło i potrafi zamknąć się nawet w kilku, kilkunastu minutach. Swoje ruchy wykonujemy szybko, mechanizm ‚weź i uzupełnij’ chodzi płynnie, nic tu nie zgrzyta.

Klimat:
Cóż, jak dla mnie brak.

Regrywalność:
Połączenie prostych zasad punktowania ze zbieraniem zestawów okazało się w przypadku Point Salad świętym rozwiązaniem. Lekkie i prędkie partyjki w kolekcjonowanie warzyw dają sporo frajdy i często owocują syndromem: Gramy jeszcze jedną? To chyba wystarczająca rekomendacja, hm?

Próg wejścia (przystępność):
Niziutki. Reguły to super łatwizna, więc przy jedynie minimalnym wysiłku można spokojnie zacząć przygodę z Point Salad.

Negatywna interakcja:
Wszystko rozbija się o zbieranie kart. Staramy się wyciągać jak najlepiej dla siebie przy okazji minimalizując korzyści rywali. Ale nie jest to proste, bo sytuacja na stole zmienia się bardzo dynamicznie. Ciężko planować na wiele ruchów w przód. W związku z czym nierzadko mamy istotny wpływ jedynie na osobę w kolejności bezpośrednio po nas. Ogólnie chodzi zaś mniej więcej o to, by brać karty w danej chwili najbardziej opłacalne – niekoniecznie pasujące pod efekty tego co już udało się nam zgromadzić.

Losowość:
Trudno przewidzieć co dociągniemy z tasowanej talii. Owszem, wiadomo po ile warzyw przygotowaliśmy do danej partii, a także (po mniej więcej dwóch grach) czego spodziewać się w kategorii możliwych punktacji (fajnie, że na stronie z warunkami widać jakie warzywo znajduje się pod spodem – to istotne jest z punktu widzenia uzupełniana ich puli). Wciąż jednak dużo do powiedzenia ma los. Na szczęście Point Salad to tytuł tego kalibru, któremu mogę to wybaczyć. A jeżeli najdą mnie wątpliwości co do tego czy pechowy układ kart przypadkiem nie wypaczył wyniku rozgrywki to… to mogę przecież pyknąć sobie do dwóch czy trzech wygranych i w ten sposób wyłonić zwycięzcę. Nie zejdzie mi na tym przecież wiele czasu.

Podsumowanie:

No no… klawa karcianeczka, klawa. Nieźle pokazuje jak zrobić szybką, prostą, krótką oraz ciekawą grę. Co prawda nie ma tu w gruncie rzeczy niczego mechanicznie rewelacyjnego – to przecież tylko zbieranie kart plus trochę różnych przepisów na zdobycie punktów. Ale okazuje się, że to w zupełności wystarcza, by dostarczyć rozrywkę na odpowiednim, wciągającym i angażującym poziomie. Już po pierwszym pojedynku wiedziałem, że do kolejnych podejdę ze świadomością miło spędzonych następnych kilkunastu (moooże kapkę więcej) minut.

Jak na tytuł, który ma za zadanie np. wypełnić wolną chwilkę między innymi zajęciami lub wepchnąć się między jakieś większe i ciężkie planszówki Point Salad ma szansę sprawdzić się znakomicie. Poza tym świetnie nada się, z racji kompaktowych rozmiarów, na zabranie w podróż. Nie będzie raczej złym wyborem wyciągnięcie go do zabawy z początkującymi graczami lub z tymi w ogóle nie grającym w planszówki. To duża zaleta tej pozycji, myślę, że tak szeroka grupa potencjalnych odbiorców czyni z Point Salad grę jak najbardziej wartą uwagi.

Pozostaje mi więc kończyć słowami: brawo! Świetna robota.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Prosta mechanika z fajnym systemem punktowania.

Najmniej lubię (słaba strona):
Czasami wydaje się za krótka – chciałoby się jeszcze więcej warzywek, jeszcze chwilę pozbierać…

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Bard. Dzięki!