Sezon drugi… Pandemic Legacy!

Popełniliśmy dużo błędów, przez które kilka razy przegraliśmy.

Ale ostatni miesiąc wygraliśmy.

Uwaga! Sytuacja wygląda tak: chcę uniknąć spoilerów, więc nie zamieszczę zbyt wielu zdjęć i będę musiał uważać na to co piszę. Postaram się jednak przekazać Wam co myślę o drugim sezonie Pandemic’a Legacy najlepiej jak potrafię. Do dzieła.

To już drugi sezon w który zagrałem. Jako, że pierwszy był świetny, a pisałem o tym około rok temu, do kolejnego zasiadłem z dużymi nadziejami, oczekiwaniami, z nieskrywanym podekscytowaniem. Nawet niespecjalnie chciało mi się rozgrywać partie ‚treningowe’, dlatego gdy po kilku rundach załapaliśmy zasady, a duch pandemicowego klimatu powrócił nad stół, podjęliśmy rękawicę.

Piszemy historię zaczynając od stycznia.

Info:

Autor: Matt Leacock, Rob Daviau
Polski wydawca: Lacerta
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: ~60 minut?

Wykonanie:
Wyjąłem sobie nawet sezon pierwszy do porównania. I być może po prostu lepiej go zapamiętałem, trudno powiedzieć, ale po krótkich oględzinach przyznam, że dwójka wygląda znacznie lepiej. Szata graficzna nowego Pandemic’a bardziej mi się podoba, wydaje się hm… ‚dojrzalsza’? Poważniejsza? Nowocześniejsza?
Jakość komponentów też jest ok, nie przychodzi mi do głowy nic szczególnie uciążliwego na co mógłbym ponarzekać. Kawał dobrej roboty został wykonany, nic tylko się cieszyć.

Czas rozgrywki:
Jest ok, bo gra wciąga. Właściwie to partia mogłaby trwać trzydzieści minut, sześćdziesiąt albo sto osiemdziesiąt, a ja i tak nie zwróciłbym na to szczególnej uwagi. Rozgrywka tak absorbowała, że upływające godziny zupełnie nie dziwiły. Na tarczy wybija pierwsza w nocy? Trudno. Jeszcze tylko jeden miesiąc…

Klimat:
Co tu dużo mówić. Pandemic jest klimatyczny i już. Po pierwsze dzięki mechanice gry (wiele jej elementów bardzo fajnie podkreśla klimat). Po drugie dzięki fabule kampanii. Po trzecie dzięki wyglądowi, ilustracjom, komponentom.

Próg wejścia:
Fajnie, że w Pandemic’a dwójeczkę jest opcja pograć treningowo. Zanim jeszcze rzucimy się w wir wydarzeń stycznia, śmiało możemy uczyć się gry w prologu. Myślę, że to dobre rozwiązanie dla wszystkich graczy Sezonu 2, tych znających poprzednie wydanie/edycje i tych nie znających ich wcale. Ja co prawda, bardzo niecierpliwie uciąłem prolog w trakcie. Czym prędzej chciałem wystartować z właściwego toru. Reguły nie wydały mi się szczególnie skomplikowane, więc jakoś poszło.

Losowość:
W związku z tym, że Pandemic nie jest mi obcy, wiedziałem jakiego kalibru losowości się spodziewać. Już przywykłem do tego, że los potrafi być tutaj okrutny i bez problemu wywrócić rozgrywkę do góry nogami. Nie powiem, czasami było to denerwujące, czasami opadały ręce, ale ostatecznie ma to swój urok.

Wnioski, podsumowanie:

No dobra, podsumujmy.

Nowa mechanika jest spoko. Choć ma wiele podobieństw do sezonu pierwszego to jednak wprowadza pewną świeżość, bo zmienia system dokładania kosteczek na system podnoszenia kosteczek. Teraz operuje się zasobami, które zabezpieczają miejsca na mapie, gdy uderzy w nie infekcja. Wtedy zdejmujemy je z danego miasta i kara przychodzi dopiero w momencie, gdy nie będziemy mieli już czego usuwać. Gra się trochę inaczej, a znajomy feeling pozostaje. I to jest super. Chyba najgorsze co mogło się ‚dwójce’ przydarzyć to niezmieniona mechanika ze zmienioną fabułą.

Na uwagę zasługuje też możliwość eksplorowania świata oraz łączenia miejsc za pomocą różnego rodzaju dróg. Takie odkrywanie mapy i budowanie sieci połączeń dodaje mocno do klimatu, a także, w jakimś stopniu kształtuje fabułę – świat stoi otworem, eksplorować można w kilku kierunkach. Aha, no i przyklejanie naklejek na planszę to świetna sprawa.

Blizny i śmierć bohatera – niezły system oparty na zdrapkach. Nie wiadomo kiedy trafimy pod nią na bliznę, a kiedy wydrapiemy czaszkę. Rozmówki o tym, czy daną postać możemy narazić już teraz, czy może lepiej oszczędzać ją na później, towarzyszyły nam niejednokrotnie. I taką nieprzewidywalność to ja rozumiem! Bardzo mi się podoba.

To oczywiście nie wszystkie nowości. Jest tu więcej ciekawych rozwiązań, choć nie wszystkie są odkryte od razu. Część pojawi się dopiero w miarę postępu kampanii.

Dosyć o mechanice. Co z fabułą? Choć rozkręca się powoli, jest interesująca. Niejednokrotnie zastanawiałem się nad tym co będzie dalej. Co kryje następny miesiąc, następna naklejka, skrytka… Czekałem na rozwój wydarzeń i bardzo, ale to bardzo chciałem wiedzieć jak to wszystko się skończy. Dlatego graliśmy długie godziny, ślęcząc do późnej nocy nad stołem, debatując, denerwując się i narzekając gdy nie szło, ciesząc gdy sprawnie przeszliśmy miesiąc. Jednak fabuła rozwijała się wolno. Różnice między niektórymi miesiącami nie były tak mocno odczuwalne jakbym tego oczekiwał. Zwroty akcji owszem, były, ale ciut zbyt rzadko. Karty z wstawkami również były, ale znowu – zbyt mało. Całość wciągała, ale nie zaskakiwała tak jak na to liczyłem. Patrząc na Pandemic’a przez pryzmat ukończonej ‚jedynki’ spodziewałem się więcej. Przez to odebrałem ją ‚tylko’ jako dobrą (momentami bardzo), a nie wyśmienitą.

A już najgorsze w tym wszystkim jest to, że najlepsze historie jakie mam do opowiedzenia muszę zatrzymać dla siebie…

To może teraz parę słów o jakimś minusie.
Zakładam, że większość osób, która zdecyduje się zmierzyć z drugim sezonem Pandemic’a wie o co w grze chodzi, a być może nawet ma już za sobą część pierwszą. Co za tym idzie – zna mniej więcej reguły, wie na czym polega epidemia, z jakiego rodzaju planszówką ma do czynienia. Toteż nie zamierzam za dużo rozwodzić się nad losowością, która potrafi mocno pokrzyżować plany. To od dawna był dla mnie problem. Problem tak męczący, że zdecydowaliśmy się skrupulatnie notować jakie karty i w jakiej kolejności pojawiały się w danej partii, by łatwiej było nam kontrolować sytuację.

Nie do końca podoba mi się również idea otwartego świata – to, że da się eksplorować różne miejsca już na samym początku rozgrywki. Brak liniowości to klawy pomysł, ale w końcu pomyślałem sobie, że gdybyśmy poszli inną drogą i podjęli inne decyzje, nasza przygoda potoczyłaby się nie tylko inaczej, ale może i… łatwiej. Trudno to sprawdzić, więc mogę się mylić, ale wrażenie i tak ze mną pozostało.

Z drugiej strony nie miałbym w chwili obecnej nic przeciwko podjęciu kampanii po raz kolejny. Właściwie tylko po to, by sprawdzić jak poradziłbym sobie tym razem, czy popełniłbym mniej błędów. Dobrze to o Pandemic’u świadczy. Bardzo dobrze.

Domykając już recenzję powiem tylko, że wspaniale bawiłem się przy sezonie drugim. Wiele godzin upłynęło zanim udało się go ukończyć. Wspólnej kampanii towarzyszyło wiele nerwów, trochę frustracji, złości, mnóstwo pozytywnej energii i ogromna ilość słów, dyskusji, monologów, liczenia… I chociaż Pandemic ostatecznie nie zachwycił mnie AŻ TAK bardzo jak bym tego chciał, to nie żałuję spędzonego przy nim czasu. Taki stan rzeczy wynika być może z tego, że nie było to moje pierwsze spotkanie z systemem Legacy. Nie zmienia to jednak faktu, że mało jest gier, przy których tak dużo dyskutowałem ze współgraczami, gdzie momentami emocji było tak dużo jak tutaj i w które potrafiłbym grać kilka długich godzin bez przerwy. To pomimo mojego sporadycznego marudzenia rewelacyjna gra. O. I dziękuję za uwagę.

PS: Tylko żeby nie te błędy w regułach… zanim się o nich dowiedziałem zdążyłem zagrać źle… ugh. Na stronie polskiego wydawcy – wydawnictwa Lacerta – jest na ten temat informacja.

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Lacerta. Dzięki!