Energii magnatem… The Manhattan Project: Energy Empire!

Uwaga, ważne. Materiał reklamowy – egzemplarz gry otrzymałem bezzwrotnie od wydawnictwa Minion Games.

Iiii kolejny Project Manhattan na moim stole! Energy Empire dopełnia trylogii, w którą grało mi się niewątpliwie przyjemnie. EE to planszówka w dużej mierze traktująca o produkowaniu energii i radzeniu sobie z zanieczyszczaniem środowiska. Planszówka porządna. Planszówka interesująca. Fajna. A dlaczego? Lecim z materiałem.

Info:

Autorzy: Tom Jolly, Luke Laurie
Liczba graczy: 1-5
Czas gry: ~60-120 minut?

W skrócie i ogółem – o zasadach:

Używając pracowników będziemy wykonywać różne akcje i uruchamiać efekty. Możemy wysyłać ich na pola na planszy oraz na posiadane karty. Co ważne, wraz z Worker’ami (ale też często nawet bez nich) kładziemy żeton lub żetony energii. Dlaczego? Ano dlatego, że istotna jest wysokość stosu żetonów – gdy na polu na planszy głównej nie ma żadnego, mamy możliwość położyć tam pojedynczego pracownika lub pojedynczego pracownika wraz z dowolną ilością energii. Natomiast gdy na polu już coś się znajduje, kolejny stos (pracownik+energia) musi być wyższy od najwyższego który już tam jest. W przypadku kart nie ma takiego wymogu, tam nie ustawiamy słupków, ale za to możemy użyć samej energii do odpalenia efektu.

Poza tym, że wysyłamy worker’ów do pracy, również ich odzyskujemy. Takie cofnięcie (zebranie wszystkich wystawionych) do zasobów powoduje generowanie energii. Wtedy właśnie bierze się kości i turla. Uzyskujemy dzięki temu nową energię do rozkładania i możemy wytworzyć zanieczyszczenie, które trafi na plansze gracza do jego środowiska. Co więcej, generowanie ma również wpływ na pojawienie się wydarzeń (Global Impact Cards) oraz zakończenie partii.

W Energy Empire występują również Structure Cards, które po wykupieniu, jak już wspomniałem, pozwalają graczowi na odpalanie akcji – ale jest to związane z tym, gdzie wyślemy ludzi do roboty na planszy głównej. Structure Cards podzielona są na trzy typy (do rozróżnienia po kolorach i symbolach) i w zależności od aktywowanego pola (sekcji w której się znajduje) będziemy mogli użyć budynków danego rodzaju. Czyli np: idąc do sekcji Industry możemy skorzystać ze wszystkich posiadanych Industry Cards.

Żetony zanieczyszczenia gromadzimy, ale także czyścimy. To ważna część gry, bo za puste pola na koniec i w trakcie rozgrywki otrzymujemy punkty.

Podsumowując: w trakcie rozgrywki rozbudowujemy swoje imperium zdobywając karty, kości energii, nowych robotników, zbierając i wydając zasoby itp. Gra kończy się po zdjęciu ostatniego żetonu zanieczyszczenia z Global Impact Track – toru, który znajduje się na planszy głównej. Są one ułożone tam w stosach – po wyczyszczeniu każdego słupka odkrywa się kartę Global Impact z wydarzeniem, punktowaniem częściowym oraz informacją o rynku z którego wymienimy karty.

Ode mnie tyle, po kompletny opis zasad odsyłam oczywiście do instrukcji.

Wrażenia, refleksje, szczegóły:

Wykonanie:
Wysoka półka. Super klawe surowce to pierwsze na co chcę zwrócić uwagę – szczególnie spoko są baryłki, stal i kości. Dalej mamy całe mnóstwo takich nieco zwyklejszych, ale nieźle wykonanych żetonów monet, żetonów nauki, kostek plastiku itp. Fajnie, że żetony energii i robotników są bardzo grube – wygodnie się nimi operuje. Podobają mi się też ilustracje i użyte symbole na komponentach – są zrozumiałe i przejrzyste. Całość trzyma ładny, przyjemny dla oka styl.

Nie mam nawet zastrzeżeń co do cienkich plansz graczy – wydają się być mimo wszystko dość wytrzymałe. Jestem więc zadowolony, od strony wykonania, tj. jakości oraz wyglądu Energy Empire mi się podoba.

Czas rozgrywki:
Gdy już połapać się w regułach i poznać możliwości gry, czyli między innymi przejrzeć i użyć części kart gra nabiera dynamizmu i przeciętnie rozgrywka przy dwóch-trzech grających mieści się w średniej długości ramach. Ale warto wiedzieć, że mogą zdarzyć się momenty dłuższe, gdy ktoś z uczestników będzie potrzebował kapkę więcej czasu na rozegranie swojej tury. Myślę, że dobrze jest zawczasu starać się rozplanować ruchy i gdy przychodzi nasza kolej – szybko machnąć co chcemy.

Klimat:
Nie do końca umiałem go tu odnaleźć. Od strony mechanicznej są tu klimatyczne rozwiązania, takie jak np. zanieczyszczanie środowiska powstające często w wyniku rzutu kostką, czy robienie odwiertów by wydobyć ropę. Jednak nie ma tego dużo i choć sprawę ratuje w jakimś stopniu szata graficzna i spora część komponentów, to finalnie klimat nie jest najsilniejszą stroną Energy Empire. Ale nie jest też najsłabszą. Oceniam go przeciętnie – daje radę, ale bez szału.

Regrywalność:
Jeżeli ktoś lubi przerabianie jednych surowców w drugie, worker placement, budowanie małych silniczków (engine building), optymalizowanie ruchów i użycia zasobów to wydaje mi się, że znajdzie w tej wersji Project’u odpowiednią dawkę regrywalności. A to między innymi dzięki losowości wpływającej na sporą część elementów rozgrywki oraz wielu ciekawym możliwościom jakie oferuje silnik gry. Mnie się Energy Empire podoba i daje wystarczająco dużo frajdy, by chciało mi się z nim eksperymentować w poszukiwaniu fajnie działających powiązań między akcjami i efektami.

Próg wejścia (przystępność):
Nie jest źle. To taki średniak – nie za trudny, nie za prosty – ot gdzieś pośrodku. Instrukcja jest dość dobrze napisana, a oznaczenia na wielu elementach planszówki znacznie ułatwiają trzymanie się reguł oraz prawidłowe przejście przez całą partię. Nie mam większych zastrzeżeń, no chyba, że do kwestii pobierania żetonów zanieczyszczeń – niejednokrotnie złapałem się na wyciąganiu ręki po te z puli ogólnej obok planszy, zamiast prawidłowo – z toru. Jakoś ciężko było mi to zapamiętać. Poza tym, że trzeba tu pamiętać o kilku drobiazgach, EE nie stawia wysoko poprzeczki i wydaje mi się, że spora część graczy, choć pewnie prędzej w większości Ci średnio zaawansowani i wyżej, poradzą sobie z nią bez trudu.

Negatywna interakcja:
Wystawianie ludzików wraz z energią na planszę główną generuje niemałą jej ilość. I wychodzi to bardzo naturalnie – gra wymusza na nas nieco złośliwe zachowania, nawet jeżeli do tego nie dążymy. Jeżeli zależy nam na jakiejś karcie (i to jest kolejny element interakcji – zdobyć je przed innymi) to trzeba po nią iść i użyć do tego pracownika. I owszem, możemy wtedy dołożyć do niego jeden lub więcej żetonów z błyskawicą – tylko od nas zależy jak bardzo utrudnimy pozostałym wybranie się później w to samo miejsce.

Losowość:
Umiarkowana. Chyba najbardziej przeszkadzać może ta pojawiająca się przy turlaniu kośćmi energii, gdy chcemy uzyskać jak najlepszy wynik – np. taki bez zanieczyszczeń i z dużą ilością żetonów energii. A bywa z tym różnie. Pozostała losowość daje radę – nie mam problemu z pojawianiem się nowych Structure Cards ani odkrywaniem Global Impact Cards – bo zastosowanie takich zabiegów jak resetowanie rynków, czyli wymiana obecnie znajdujących się kart na nowe albo opcja podglądu zakrytych kart wydarzeń sprawdzają się świetnie.

Podsumowanie:

Energy Empire to kawał solidnej planszówki. I choć w pierwszej chwili miałem względem niej raczej mieszane uczucia, moi współgracze sprawili, że zmieniłem zdanie. Na początku myślałem, że to po prostu dobra, porządnie zaprojektowana gra, która nie ma w środku niczego super wyjątkowego. Dopiero słuchając komplementów płynących z ust innych zacząłem dostrzegać piękno Project’u. Kolejne rozgrywki przyniosły kolejne dawki pozytywnych wrażeń, by ostatecznie skończyło się na zmianie opinii. Zatem jeszcze raz: to dobra, porządnie zaprojektowana gra, która oferuje bardzo dużo ciekawych wyborów. Oparcie jej w dużym stopniu na używaniu akcji z budynków oraz zawężenie tego do odpalania konkretnych bloków kart związanych z sekcją, w której wystawimy na początku tury swojego robotnika powoduje, że kombinowania jest bardzo dużo. Podobnie zresztą jak dużo jest przyjemnej zmienności, co należy oczywiście zaliczyć do silnych stron tego tytułu. Dzięki dobrze wplecionej w mechanikę losowości otrzymujemy planszówkę, która nie nudzi identycznym setup’em co partię. Zachowuje świeżość przez długi czas. Fajnie też, że startowe zasoby różnią się w zależności od wybranego Narodu, który poprowadzimy. Fajnie, że karty Global Impact dzielą się na wczesne i późne i wprowadzają cząstkową punktację – też zmienną, zależną od tego co wylosujemy sobie na daną rozgrywkę. I tylko kapkę szkoda losowego turlania na energię i zanieczyszczenia, bo zdarza się, że kiepski rzut psuje nieco plany na najbliższe rundy. Niemniej jednak na Energy Empire składa się szereg świetnych rozwiązań, które razem tworzą sprawnie działającą maszynę z ciekawym narzędziem do interakcji (zwiększanie siły wysyłanych worker’ów) i zarządzaniem zasobami. Niemały engine building, czyli budowanie silniczków przetwarzania jednego w drugie stanowi ważną część gry i działa bardzo spoko.

Innymi słowy: spodobało mi się. Wartościowy to tytuł. Zasługujący na wyraźne słowa pochwały. Brawo.

Najbardziej lubię (mocna strona):
Odpalanie Structure Cards – łancuszki akcji oraz to, że odpalamy tylko część za jednym razem.

Najmniej lubię (słaba strona):
Hm… zdobywanie żetonów energii? No nie wiem..

Recenzja dokonana dzięki uprzejmości wydawnictwa Minion Games. Dzięki!